Monika Kaçar, 35 lat, od sześciu lat w Turcji:
- Pojechaliśmy z Özcanem do tureckiego portu Kusadasi. Mieliśmy popłynąć na grecką wyspę Samos i wrócić, by w ten sposób przedłużyć moją wizę.
Tureccy celnicy w porcie: - Jeśli opuścisz Kusadasi, musisz sobie szukać innego portu powrotnego. Ja zdziwiona: - Ale dlaczego?
Oni: - Wiele jest kobiet lekkich obyczajów, które tak jak ty chcą pracować w Turcji.
Szczęka opadła mi do kolan!
Tutaj w głowach zakodowane jest etykietowanie ludzi - po wyglądzie, pochodzeniu.
I tak - blondynka jest łatwa.
Nie mogę spokojnie poruszać się ulicami, żeby nie słyszeć cmokania albo tekstów: "Dokąd idziesz, śliczna, może się zabawimy?". Efekt jest taki, że nie jeżdżę na rowerze, mało sama wychodzę, jeśli już, to MP4 w uszy, okulary słoneczne na nos - nie słyszę, nie widać mnie, ignoruję.
>30 lat temu mało który Turek miałby takie skojarzenie, potem zaczęły przyjeżdżać Angielki, dla nich nie było problemu przespać się z jednym czy drugim, jeszcze im za to płaciły. Starsze: 60-, 70-letnie, wiązały się z 20-latkami, kupowały im
domy, samochody.
Blondynka - to Rosjanka, a Rosjanka to prostytutka. Na początku lat 90. z kolei przyjechało dużo dziewczyn z Ukrainy, Białorusi, Rosji i zarabiały ciałem. Turcy słabo znają swój kraj, nie mówiąc już o Europie, dla nich one wszystkie to Rosjanki. Polki też.
Blondynka mówiąca po turecku - tym bardziej biorą mnie za Rosjankę. Tylko one tak szybko uczą się języka, bo jest im niezbędny w kontaktach międzyludzkich
Mówię, że jestem Polką - pierwsze skojarzenie: chrześcijanka.
Właśnie dlatego nie chciałam, żeby w dowodzie wpisywano mi, jakiej jestem religii. Po pierwsze, nie mam ochoty być osądzana. Po drugie, to dla mojego bezpieczeństwa - przecież nie wiem, w czyje ręce mój dowód może wpaść. Tu mieszka 120 grup etnicznych. Są maniacy, którzy targają się na życie księży, modlitwy w synagogach wiążą się z ochroną policji.
>W Izmirze, gdzie od dwóch lat mieszkamy, są kapucyni - muszę najpierw zadzwonić, podać imię, nazwisko, z jakiej jestem dzielnicy i kiedy przyjdę, bo do kościoła nie można wejść tak po prostu, z ulicy.
Nawet na kursie - robię turecką licencję przewodnika wycieczek (do tej pory pracowałam na polskiej) - profesor od religii powiedział, że chrześcijaństwo zna w teorii, więc w razie pomyłki mam go poprawiać.
Nauczenie się Turcji zajęło mi dużo czasu.
>Pierwsze trzy lata były koszmarne. Wtedy w porcie strasznie się wkurzyłam! Mój przyszły mąż również.
- Nie jestem żadną prostytutką! Spóźniłam się z wyjazdem o jeden dzień, płacę karę i żądam powrotu!
Sprawa oparła się aż o naczelny urząd celny i komendę główną policji w Ankarze - celnicy dostali naganę. Jak tydzień później wypływaliśmy na Samos, byli tak mili, że jakby mogli, to fanfarami by nas powitali i rozwinęli czerwony dywan. Mnie jeszcze nie było do śmiechu, zacisnęłam tylko zęby, bo jęzor mam cięty i mogłabym powiedzieć coś, czego potem bym żałowała.
W ogóle to planowaliśmy mieszkać w Polsce, ale po pół roku w Chorzowie mój mąż stwierdził, że jednak
Turcja i że trzeba odsłużyć wojsko. Normalnie służba trwa sześć miesięcy, ale że on jest z wykształcenia anglistą, uznali, że bardzo im się przyda, bo będzie uczył języka, i dostał prawie półtora roku.