Polski żołnierz został uznany za zaginionego podczas akcji - oświadczyła armia. Nieoficjalnie wiemy, że to kapitan i zapewne został wyciągnięty z pola bitwy przez talibów. Przepadł bez wieści w górzystym i bezludnym powiecie Adżiristan.
Patrol był wyjątkowo duży - liczył prawie 100 żołnierzy, w tym kilkunastu Polaków z 25. Brygady Kawalerii Powietrznej z Tomaszowa Mazowieckiego szkolących afgańskie wojsko i policję. Tak silny patrol był demonstracją. Miał przekonać miejscowych wieśniaków, by nie bali się wziąć udziału w wyborach prezydenckich wyznaczonych na 20 sierpnia.
Według rozmówców "Gazety" ok. 8 rano żołnierze wpadli w zasadzkę talibów, których musiało być więcej. Ostrzelali patrol z karabinów maszynowych i bazook. Gwałtowną wymianę ognia przerwało dopiero przybycie wezwanych na odsiecz amerykańskich śmigłowców i samolotów.
Kiedy talibowie wycofali się w góry, na pobojowisku znaleziono czterech rannych polskich żołnierzy. Ich życiu nie zagraża niebezpieczeństwo. Lokalne władze podały, że zginęło kilkunastu afgańskich żołnierzy.

Brakowało polskiego kapitana. Nasze oddziały natychmiast rozpoczęły poszukiwania. W akcji ratunkowej pomagają Amerykanie. Afgański minister obrony zapewnił w rozmowie telefonicznej szefa polskiego
MON, że zrobi wszystko, by odnaleźć Polaka.
- Musimy trzymać kciuki za zaginionego żołnierza- mówił w
TVN 24
Radosław Sikorski, szef
MSZ. - O ile wiem, trudno być optymistą w tej sprawie - dodał.
Jeśli kapitan rzeczywiście wpadł w ręce talibów, byłby pierwszym polskim żołnierzem w niewoli od czasu II wojny światowej.
Niedostępny i zamieszkany przez Pasztunów Adżiristan był do niedawna twierdzą talibów. W lipcu wyparli ich stamtąd polscy żołnierze, którzy wraz z Amerykanami przeprowadzili operację "Over the Top".
Liczący ponad 2 tys. żołnierzy polski kontyngent odpowiadający za sytuację w prowincji Ghazni założył w Adżiristanie niewielką bazę. Polacy wraz z afgańskim wojskiem i policją patrolowali okolicę. Z powodu bezdroży i górzystego terenu (skaliste góry sięgają tu 2,5 tys. m) były to patrole piesze, bez ciężkiego sprzętu.
Afgańscy talibowie mają już w swoich rękach 23-letniego żołnierza
USA Bowe'a Bergdahla, który dostał się do niewoli 30 czerwca podczas nocnego patrolu w sąsiadującej z Ghazni prowincji Paktika. W połowie lipca talibowie opublikowali nagrane kamerą orędzie jeńca błagającego o ratunek.
Mułła Sangin, jeden z najważniejszych komendantów sprzymierzonej z talibami partyzanckiej armii Dżalaluddina Haqqaniego, powiedział, że oddał Amerykanina naczelnej radzie talibów i o jego losach zadecyduje sam emir mułła Omar, przywódca talibów. Według mułły Sangina rada przekazała już wojskom USA swoje warunki i wciąż czeka na odpowiedź. Mułła nie powiedział, czego żądają talibowie.
Sangin zamierzał przerzucić amerykańskiego jeńca na pakistańską stronę granicy - do pasztuńskiej krainy Waziristan Północny kontrolowanej przez pakistańskich talibów. Jednak częste bombardowania przeprowadzane tam ostatnio przez amerykańskie samoloty bezzałogowe skłoniły Sangina, by ukryć jeńca w Ghazni.
W lipcu, by odbić Bergdahla, Amerykanie przeprowadzili w Ghazni obławę. Przejęli nawet od Polaków kontrolę nad powiatem Nawa. Już wtedy mówiło się, że amerykański jeniec może być także przetrzymywany w powiecie Adżiristan.
Do tej pory podczas misji w Afganistanie zginęło dziewięciu Polaków.