Traf chyba nie dziwny. Nieraz się nad anonimami w internecie zastanawiałem, ale bez skutku. Wiadomo wszak, jak powiedział Aleksander Dumas, że wielką zaletą anonimów jest to, iż nie trzeba na nie odpowiadać.
Wczorajsza "Gazeta" pisze jednak, że warto. Ma rację. Popełniłem niedawno wakacyjny żart - napisałem felieton ("Gazeta", 22 czerwca) "Sztuka i politycy" o malarskiej pasji polityków, m.in. Hitlera, Churchilla i Putina. 24 czerwca o godz. 9.31 odezwał się pan nikola_piterski2. Elegancko napisał: "Komu do czego, a wszywemu do bani. Tak i Ungier na różny temat zalewa jadem Putina w swoich głupich felietonach".
Sprawdziłem, czy zalewam Putina jadem. Nie zalewam ani jadem, ani niczym innym. W ostatnich kilkunastu felietonach przed "Sztuką i politykami", to znaczy przez kilka miesięcy, było o Liście 21, o twitterze, o Polsce, Kubie, Niemcach, Genewie, Brukseli, ONZ, Sudanie, Wallenbergu, Davos etc., ale nie było o Putinie. I nie będzie o piterskim. Czort z nim. Mam dwie uwagi bardziej ogólnej natury.
Pierwsza, lekko psychologiczna. Jak wynika z mojej praktyki nie tylko w "Gazecie", moja krytyka czy nawet kpina z polityki i polityka na ogół zagranicznego poza normalną dozą anonimowych obelg w internecie wywołuje także, zwłaszcza jeżeli chodzi o Rosję, natychmiastową, jak u piterskiego, reakcję obronną o charakterze "patriotycznym". Chodzi tu chyba o jakiś, jak sądzę, niczym nieuzasadniony syndrom twierdzy, nadwrażliwość, przerost nacjonalizmu, bardzo źle pojmowany patriotyzm, no i naturalnie zupełny brak poczucia humoru. Jak pisał Kapuściński, to taka sowiecka niemożność uśmiechu.
Ale jeżeli naruszam zasadę Dumasa, to - po drugie - z namysłu nad zjawiskiem anonimu w ogóle. Zadałem sobie nieco nieprzyjemnego trudu i przejrzałem niektóre anonimowe reakcje czytelników. Bywają - choć bardzo rzadko - pożyteczne, komentujące w rzeczowy sposób meritum felietonu. Tylko że wtedy nie rozumiem, dlaczego są anonimowe. Podpisane, w liście do autora, pozwoliłyby na poważną rozmowę. Dobry przykład to list Katarzyny Fąfary "Ślepi na Iran" ("Gazeta", 23 lipca).
Pomijam dno, jak ataki antysemickie czy kpiące ze starości albo - to nowość - oba te elementy razem w stylu pan starszy jarmułkowy (to o mnie). Reszta, ogromna większość, zdradza ukrytą za murem bezkarności potrzebę wyładowania w możliwie najbardziej chamskich słowach irracjonalnej złości i zemsty. Posługuje się anonimem jako instrumentem pozwalającym na załatwienie, bez żadnego ryzyka, wszystkich porachunków, na ogół z sobą samym.
Fermentem takich postów, zatrutych, przypominających dobrze nam znane "normalne", ale teraz na szczęście raczej bezradne donosy, jest z reguły nienawiść, rasizm oraz - chyba najczęściej - najbardziej rozpowszechniona cecha ludzkiego charakteru, to znaczy zawiść.
Zawiść idąca z postępem. Anonim bowiem dostosowuje się do warunków. Internet to jego szansa, najlepszy sposób na uniwersalne wyładowanie żółci. Ktoś zauważył, że anonim to także afrodyzjak.
To nie byłoby najgorsze. Bo prawdziwą tajemnicę anonimu odkrył już dawno Oscar Wilde. Człowiek szczery, powiedział, nie jest zupełnie sobą, ale wystarczy dać mu maskę i powie prawdę. A ja dodam: także, a raczej przede wszystkim, o sobie.
Źródło: Gazeta Wyborcza