W telewizyjnych reklamówkach widzimy obietnice: ubezpieczenie samochodu za jedyne 300-400 zł . Albo przynajmniej zachętę, że ceny u danego ubezpieczyciela są o 30 proc. niższe niż u konkurencji. Axa, Liberty Direct, Aviva czy Link4 - wszyscy grają dokładnie na tej samej nucie: u nas za grosze, TAMCI zedrą z ciebie skórę.
A jak jest naprawdę? Postanowiłem sprawdzić, na ile prawdziwe są pokazywane w reklamówkach stawki polis OC i AC. Wybrałem jeden ze spotów firmy ubezpieczeniowej Axa Direct ubezpieczającej auta przez telefon i internet, a więc bez pośrednictwa agentów. Żeby było jasne - firmę wybrałem przypadkowo. To był po prostu pierwszy spot, który wpadł mi w oko.
Skoro firma nie musi płacić agentowi prowizji, to powinno być tanio - pomyślałem. I rzeczywiście, w spocie Axy Direct widzimy szczęśliwego 30-latka z Wrocławia, który za OC swojej trzyletniej skody fabii zapłacił nędzne 371 zł. Zanim nasz bohater znalazł tak atrakcyjne ceny, musiał odbyć slalom między ofertami konkurencji. Ominąć wielkie 500 zł, a i z trudem uniknąć zderzenia z niewiele mniejszym 450 zł. Dopiero Axa zapewniła naszemu kierowcy spokojną przystań.
Zadzwoniłem do Axy, sprawdzić, czy i ja mogę liczyć na tak atrakcyjne stawki. Bo - nie będę ukrywał - za ubezpieczenie swojego prywatnego samochodu, o charakterystyce zbliżonej do auta z reklamy, zapłaciłem niedawno u jednego z konkurentów Axy duuużo więcej. Czyżbym aż tak przepłacił? Pani w centrum obsługi telefonicznej powiedziałem, że też - tak jak bohater reklamy - mam trzyletnią fabię i trzydziestkę na karku, zaś w portfelu prawo jazdy już od sześciu lat. Do tego mam żonę i dziecko (podobno żonaci i dzieciaci są bardziej odpowiedzialni, więc płacą niższe stawki), mieszkam w Warszawie. Nie udawałem klienta idealnego: powiedziałem, że w zeszłym roku miałem stłuczkę, a auto trzymam na ulicy obok domu (nie w garażu ani na dozorowanym parkingu).
Cena, którą podyktowała mi pani z Axy, dosłownie zwaliła mnie z nóg. Nie, nie dlatego, że była tak atrakcyjna. Za podobne auto, jak to z reklamy, miałem zapłacić ponad 2500 zł samego OC! Ponad sześć razy więcej niż obiecywane w spocie 371 zł! W porządku - pomyślałem - może rzeczywiście nie powinienem liczyć na cuda, skoro daleko mi do idealnego kierowcy? Zadzwoniłem ponownie, tym razem mówiąc, że jestem właścicielem trzyletniego nissana, którego trzymam w garażu, a stłuczki nie miałem od ponad pięciu lat. Tym razem pani z infolinii była dla mnie łaskawsza, ale cena nadal była odległa o lata świetlne od oferty z reklamy - 988 zł za samo OC.
Zacząłem się zastanawiać, co jeszcze musiałbym zrobić, żeby "zasłużyć" na taką stawkę OC jak ta, którą cieszy się ów szczęśliwy wrocławianin - klient Axy. Nie wiem. Ale wiem, że nie podoba mi się reklamowa licytacja firm ubezpieczeniowych. Co z tego, że na ekranie widzimy superatrakcyjne stawki, skoro są one dostępne tylko dla promila najlepszych, preferowanych przez firmę klientów?
Na blogu Macieja Samcika: OC za 371 zł? Powinni tego zabronić!