http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Gdy Lach z Kozakiem się kłócą, Moskal zaciera ręce

Marcin Wojciechowski
2009-08-08, ostatnia aktualizacja 2009-08-08 01:12

Zakaz wjazdu do Polski rajdu śladami Bandery to cios w politykę pojednania między naszymi krajami i triumf radykałów po obu stronach granicy. Ale rząd nie miał innego wyjścia

Weterani UPA z portretem Stepana Bandery, Kijów 2005 r.
Fot. EFREM LUKATSKY ASSOCIATED PRESS
Weterani UPA z portretem Stepana Bandery, Kijów 2005 r.
Znacznie gorzej by było, gdyby uczestników rajdu - głównie kilkunastoletnie dzieci - spotkało w Polsce coś złego ze strony kresowych radykałów szykujących się do protestów. Z kolei przejazd rajdu przez Polskę w eskorcie policji byłby fatalnym sygnałem dla ukraińskiej opinii publicznej. Rząd nie opędziłby się potem od zarzutów środowisk radiomaryjnych i Kresowiaków, że wspiera ukraińskich nacjonalistów i prowadzi antynarodową politykę.

Słowem - sytuacja bez wyjścia. Historia dzieliła, dzieli i będzie dzielić Polaków i Ukraińców. Być może na zawsze.

Dla nas Bandera to terrorysta i bandyta. Dla części Ukraińców z Galicji - bohater. My nie możemy zapomnieć, że Ukraińska Powstańcza Armia, której Bandera był duchowym ojcem, dopuściła się antypolskiej czystki na Wołyniu w 1943 r. Ukraińcy zaś sławią Banderę nie dlatego, że nienawidził Polaków, Żydów i opowiadał się za współpracą ukraińskiego ruchu narodowego z hitlerowskimi Niemcami. Jest dla nich bohaterem, bo symbolizuje ukraiński wysiłek na rzecz utworzenia niepodległego państwa.

Jego kult jest czysto lokalny, ograniczony do Galicji. Pamięć historyczna jej ukraińskich mieszkańców każe traktować przedwojenną Polskę jako okupanta, tak samo jak Armię Czerwoną, która wkroczyła na te tereny najpierw w 1939, potem w 1944 r. To właśnie wieloletni opór wobec NKWD i Sowietów - okupiony często śmiercią, aresztami, zsyłkami do łagrów - podnosi się na Ukrainie jako główną zasługę Ukraińskiej Powstańczej Armii i samego Bandery.

Polakom trudno zrozumieć ukraińskie argumenty. A organizatorzy rajdu nie zdobyli się na to, by pokazać, że próbują zrozumieć i uszanować polską wrażliwość.

W pewnym sensie jest to cios wprowadzoną od 20 lat politykę pojednania między naszymi krajami i triumf radykałów po obu stronach granicy.

Ukraińcy sławią Banderę nie dlatego, że walczył z Polakami, ale dlatego, że jest symbolem ich oporu wobec NKWD i Sowietów



Ks. Isakowicz-Zaleski i Kresowiacy triumfują, że decyzja MSWiA to rezultat ich nacisków i wielki sukces. Nie jest dobrze, gdy państwo ulega ugrupowaniom skrajnym, jakiekolwiek by były. Również ukraińscy radykałowie mogą się cieszyć, że znaleźli koronny dowód na to, że Polska - mimo licznych deklaracji - wcale nie lubi Ukrainy, nie próbuje jej zrozumieć, za to domaga się przyjęcia własnej wersji historii.

Ten incydent powinien stanowić memento dla rządów i społeczeństw w obu krajach. W czerwcu pisałem w "Gazecie", że stosunki polsko-ukraińskie stanęły na rozdrożu. Chodzi nie tylko o historię. Polityczny i gospodarczy kryzys nad Dnieprem, wybory prezydenckie w styczniu, totalna wojna polityczna wszystkich ze wszystkimi sprawiają, że stosunki z Warszawą są dla Kijowa drugorzędne.

Z kolei w Polsce istnieje ryzyko, że będziemy patrzyli na Ukrainę jedynie przez pryzmat zapętlonej historii oraz straconych europejskich szans w ostatnich latach.

Już raz tak było: sprawa otwarcia Cmentarza Orląt we Lwowie zatruwała przez lata klimat między naszymi krajami. A garstka lwowskich radnych wyznaczała ramy stosunków polsko-ukraińskich. Pojawiły wówczas spekulacje, że być może za tamtym konfliktem stoi Moskwa. Problem doczekał się polubownego rozwiązania po pomarańczowej rewolucji.

Byłoby głupotą, gdyby od incydentu z rajdem Polska uzależniła swoją politykę wobec Ukrainy, a Ukraina wobec Polski. Przede wszystkim byłoby to zwycięstwo Rosji. Bo gdy Lach z Kozakiem się kłócą, to Moskal zaciera ręce. Taki jest wniosek z ostatnich 350 lat naszej wspólnej historii. Jeśli ktoś tego nie wie, niech jeszcze raz obejrzy film "Ogniem i mieczem" Jerzego Hoffmana.

Nie chodzi oto, by Polacy i Ukraińcy w ogóle nie mówili o bolesnej często przeszłości. Chodzi oto, by rozdzielić historię od polityki i mówić o historii takim językiem, który będzie do zaakceptowania dla drugiej strony. Niestety, jesteśmy od tego wciąż dalej niż bliżej.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 46 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    41 głosów

Ostatni akt ACTA

Po zapowiedzi manifestacji w 60 miastach Niemiec w piątek gruchnęła nieoficjalna wiadomość, że niemiecki rząd zrezygnował z podpisania ACTA!

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W sobotę z ''Gazetą'':

  • Wysokie Obcasy