http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Gruzja rok po wojnie: Saakaszwili zmądrzał

Rozmawiał Marcin Wojciechowski
2009-08-10, ostatnia aktualizacja 2009-08-07 17:57

Ludzie mają wrażenie, że są pod parasolem USA i dlatego powtórka z zeszłego roku jest nierealna. Rosja jednak prowokuje, przede wszystkim słownie - mówi Oleg Panfiłow*

ZOBACZ TAKŻE
Marcin Wojciechowski: Jaka atmosfera panuje w Gruzji w 1. rocznicę wojny z Rosją? Agencje podają, że napięcie rośnie, zwłaszcza przy granicy osetyjsko-gruzińskiej. Armia po obu stronach postawiona jest w stan podwyższonej gotowości. Czy konflikt rzeczywiście wisi w powietrzu?

Oleg Panfiłow: To spora przesada. Dobrze podsumował to minister Timur Jakobaszwili, odpowiedzialny w rządzie w Tbilisi za scalenie wszystkich ziem gruzińskich, w tym także Osetii Południowej i Abchazji, które ogłosiły po zeszłorocznej wojnie niepodległość. Jakobaszwilego zapytano, czy prawdą jest, jakoby Gruzja prowadziła przygotowania do kolejnej wojny, czy zamierza zbrojnie odebrać obydwie prowincje. Odpowiedział, że znudziło mu się odpowiadać na głupie pytania. W takich miastach jak Tbilisi, Gori, Batumi życie toczy się zupełnie normalnie.

Może ruchy wojsk widać przy samej granicy z Osetią, ale to normalne ze względu na możliwe prowokacje. Nie ma jednak paniki ani klimatu sugerującego, że za chwilę wybuchnie nowa wojna. W każdym razie już nie ze strony Gruzji, która jest kilka tysięcy razy mniejsza niż Rosja i ma zaledwie 4,5 mln ludności, a nie 150 mln. W Gruzji ceni się każde życie. Każdy zabity jest tu dotkliwą stratą, inaczej niż w Rosji, gdzie dominuje przekonanie, że po każdej wojnie baby urodzą nowe dzieci. W tych dniach Gruzini opublikowali pełną listę swoich strat z zeszłego roku. Są na niej nazwiska wszystkich zabitych i rannych. Wydano także rosyjskie tłumaczenie tej listy. Jest na niej kilka nazwisk czysto rosyjskich. Wyobrażam sobie, jak to musi drażnić rosyjskich propagandzistów. Na tej liście jest kapral i młodszy sierżant - etniczni Rosjanie - którzy byli obywatelami Gruzji i walczyli rok temu po jej stronie.

Ale ludzie chyba rozmawiają ze sobą o tym, czy najgorsze się nie powtórzy?

- Oczywiście. Pretekstu do takich rozmów dostarczają dwa źródła. Jednym z nich są, niestety, media rosyjskie, zwłaszcza podporządkowane Kremlowi telewizje oraz rosyjskojęzyczny internet, drugim jest gruzińska opozycja. Nadal obowiązuje zakaz retransmisji telewizji rosyjskich na terytorium Gruzji, ale mogą oglądać je właściciele anten satelitarnych, czyli w praktyce każdy. W miastach bardziej oddalonych od Tbilisi, jak Batumi, ten zakaz jest zresztą nieprzestrzegany. Wszyscy są ciekawi, co powie Moskwa. A z rosyjskich dzienników można dowiedzieć się, że za chwilę dojdzie do nowej wojny, oczywiście z winy Gruzji. Gdyby ludzie poważnie traktowali te informacje, panika byłaby ogromna.

Czyli toczy się wojna propagandowa między Moskwą a Tbilisi.

- Nieustannie i jest ona coraz poważniejsza. Informacje - zwłaszcza rozpowszechniane przez media rosyjskie - mają niewiele wspólnego z rzeczywistością. Bardzo pomagają uspokajające oświadczenia zachodnich polityków i dyplomatów w Tbilisi oraz obecność misji obserwacyjnej Unii Europejskiej przy samej granicy gruzińsko-osetyjskiej. Wiceprezydent USA Joe Biden po niedawnej wizycie w Gruzji znów rozmawiał przez telefon z prezydentem Micheilem Saakaszwilim. Wypowiadają się wysocy przedstawiciele administracji amerykańskiej. Ludzie mają wrażenie, że są pod parasolem USA i dlatego powtórka z zeszłego roku jest nierealna.

Rosja jednak prowokuje, przede wszystkim słownie. Wiceszef rosyjskiego sztabu generalnego gen. Nogawicyn powiedział niedawno, że w czasie ostatniej wojny kolumnę uchodźców z Osetii Południowej zbombardowały gruzińskie samoloty, które specjalnie przemalowano na barwy rosyjskie. Oczywiście nie ma na to żadnych dowodów. Chodzi o to, żeby wywołać złość, podnieść temperaturę, zmusić drugą stronę do jakiejś reakcji. Tak właśnie działają media rosyjskie. Zupełnie tak samo, jak przedstawiały relacje z drugiej wojny w Czeczenii, gdzie obraz był całkowicie zafałszowany na korzyść Rosji. Te bezsensowne wypowiedzi świadczą o tym, że strona rosyjska musi być mocno zdenerwowana, choć teoretycznie przewaga jest przecież po jej stronie.

Przed poprzednią wojną Gruzini też mogli mieć wrażenie, że po ich stronie są Amerykanie, ale prezydent George W. Bush poza słowami nie zrobił nic w obronie Gruzji. A Bush był przecież mniej prorosyjski niż obecny prezydent Barack Obama.

- Rok temu Waszyngton wspierał Gruzję jedynie moralnie. Bush odchodził i mógł niewiele zrobić. W tym roku, 9 stycznia, zawarto umowę o wzajemnej współpracy, m.in. wojskowej. Wspomniałem już wizytę Joe Bidena, który generalnie poparł Gruzję, nieco tylko dystansując się wobec jej prezydenta. Amerykanie pomagają Gruzinom odbudować armię. Pomoc jest znacznie bardziej konkretna niż rok temu.

Raporty wszystkich organizacji międzynarodowych wskazują, że zeszłoroczną wojnę rozpętał jednak gruziński prezydent Saakaszwili. Owszem, były rosyjskie prowokacje, eskalowanie napięcia, ale to on pierwszy pociągnął za cyngiel.

- Taka jest smutna prawda. Bardzo często tego argumentu używa opozycja gruzińska. Szczerze mówiąc, nie ma ona za bardzo innej broni przeciwko Saakaszwilemu. Opozycja skarży się na niedoskonałą demokrację, problemy z wolnością słowa, ale bardzo trudno jej to udowodnić. Zapoczątkowane wiosną opozycyjne protesty praktycznie wygasły. Nie udało się zmusić władzy do ustępstw. Opozycja musi prawdopodobnie czekać na kolejne wybory. Jedynym mocnym argumentem przeciwko władzom jest na razie to, że na skutek swojej nieodpowiedzialności rozpętały zeszłoroczną wojnę. Ale ludzi to jakoś nie zraża do Saakaszwilego. Poparcie dla jego przeciwników oszacowałbym na jakieś 25 proc. Niestety, choć opozycja ma generalnie rację, to jej sposób argumentacji bardzo często jest zbieżny z logiką Moskwy. Być może dlatego ludzie mają problem, by masowo poprzeć opozycjonistów.

Jak będzie obchodzona 1. rocznica wojny? Czy będzie to dzień żałoby, zadumy? Czy raczej polityczny wiec poparcia dla prezydenta Saakaszwilego? A może opozycja spróbuje zorganizować jakieś demonstracje?

- Wydawane są liczne książki o wojnie. Właśnie wróciłem z prezentacji jednej z nich. W Gori - mieście, gdzie doszło do gwałtownych walk, ale zostało ono zwrócone Gruzinom - był pokaz mody najlepszych gruzińskich designerów. Będą wystawy. W piątek na tbiliskim prospekcie Rustawelego zorganizowano dużą manifestację pod hasłem: "Stop Russia!".

Wszystko odbywa się pod hasłem "We remember" (Pamiętamy). Wieczorem był duży koncert rockowy. Obchody mają, rzecz jasna, wydźwięk propagandowy, ale wcale nie skupiają się na tragedii. Raczej chodzi o to, by pokazać solidarność społeczeństwa w tych dniach. Są też elementy bardziej polityczne. Ministerstwo ds. reintegracji ziem gruzińskich opracowało raport o tym, co się tam dzieje i jakie Gruzja poniosła straty. W archiwum narodowym prezentowane są materiały audio-wideo o wojnie. Zbierane są pamiątki, dokumenty. Być może kiedyś powstanie tam specjalne muzeum.

Czyli raczej nie należy spodziewać się, że rocznica wojny wywoła jakieś wstrząsy polityczne?

- Nie wierzę w to. Protesty opozycji wygasły już od jakiegoś czasu. Nie zdołała ona porwać za sobą większości Gruzinów, chociaż na początku wydawało się, że to realne. Duży wpływ na nastroje miała wizyta Bidena. Na spotkaniu z opozycją, choć wcześniej dystansował się wobec niektórych praktyk Saakaszwilego, to jednak przypomniał jego przeciwnikom, że w demokracji polityki nie robi się na ulicach, ale w czasie wyborów. A Gruzja mimo wszystkich niedoskonałości jest demokracją.

Czy Gruzini wierzą, że odzyskają zbuntowane prowincje - Osetię Południową i Abchazję - czy raczej pogodzili się, że je stracili na zawsze?

- O dziwo wierzą, że je odzyskają. Był czas marazmu bezpośrednio po wojnie, ale teraz jakby nadziei jest więcej. Nie potrafię powiedzieć, na jakich opiera się ona podstawach. Przecież Rosja wczepiła się w te prowincje tak bardzo, że nawet gdyby zmieniły one zdanie w sprawie niepodległości, to Moskwa już ich nie odda. Trzeba będzie lat, by coś się zmieniło. Ale zarazem czas będzie coraz bardziej oddzielał te prowincje od Gruzji. Niezwykła jest w Tbilisi wiara w moc Zachodu i organizacji międzynarodowych. Obawiam się, że może okazać się naiwna.

Rosja stara się przedstawić gruzińskiego prezydenta jako nieodpowiedzialnego wariata. Szczerze mówiąc, w dużym stopniu już jej się to udało.

- Głównie wierzą w to chyba jednak sami Rosjanie. Na Zachodzie - nawet ci, którzy nie lubią Saakaszwilego - rozumieją, że działał on pod ogromną presją Rosji, że to jednak Moskwa złamała prawo międzynarodowe, a Gruzja nieco lekkomyślnie próbowała powrócić do swoich prawowitych granic. Ostatnie wystąpienia i działania Saakaszwilego są znacznie bardziej przytomne niż te sprzed roku, nie mówiąc już o wcześniejszych represjach wobec opozycji czy próbach dławienia wolności słowa. Teraz prezydent jest znacznie bardziej demokratyczny i mniej porywczy, co mu się opłaciło, bo opozycja przestała zyskiwać poparcie. Jeszcze niedawno można było sądzić, że Saakaszwili to polityk skończony. Mimo wszystko nie stawiałbym na nim zbyt szybko kreski.

* Oleg Panfiłow na stałe mieszka w Moskwie, kieruje tam Centrum Dziennikarstwa Ekstremalnego monitorującego wolność słowa w Rosji i całym b. ZSRR. Jest obywatelem Tadżykistanu. W Gruzji ma letni dom i spędza tam każde wakacje. Był tam podczas wojny rok temu, jest tam także dziś.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 2 komentarze
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    2 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':