Z historią o dziewczynce z obciętymi włosami spotkałam się w ciągu ostatnich kilku tygodni wiele razy - na forum w portalu Gazeta.pl są dwa wątki poświęcone porwaniu w galerii, w tym samym czasie pytało mnie o nią niezależnie troje znajomych.
- Pracujesz w "Gazecie" i nie wiesz? Jak to plotka? Jaka miejska legenda? To najprawdziwsza prawda, znajomy znajomego widział te poszukiwania - upierali się moi rozmówcy.
W każdej, zawsze nieco różniącej się wersji był jeden wspólny motyw - małe dziecko (dziewczynka, Bartuś, Krzyś), duży sklep. Matka, ojciec tracą na chwilę dziecko z oczu (najczęściej zostawiają je gdzieś na sklepowym placu zabaw). I dziecko znika. Potem jest zawsze tak samo - rodzic wszczyna alarm, ochrona sklepu zamyka wszystkie wejścia. W końcu chłopiec lub dziewczynka znajdują się w ubikacji. Dziewczynka ma obowiązkowo obcięte włosy i zmienione ubranko (by przy wychodzeniu ze sklepu nikt jej nie poznał).
Wspólna jest jeszcze jedna rzecz - to bzdura. Policja i Galeria Wisła, bo w Płocku to głównie ona jest bohaterką tych opowieści, zapewniają: - Nigdy nie było takiego przypadku, w Płocku nie wydarzyła się nawet podobna historia.
- Choć ja także słyszałam ją od znajomych - przyznaje Izabela Tucholska, menedżer ds. marketingu Galerii Wisła. - Nie mam pojęcia, skąd biorą się podobne historie.
- I mnie trudno jest to określić - mówi Anna Lewandowska z biura prasowego płockiej komendy. - Pewne jest jedno -
policja nie ma nic wspólnego z fabrykowaniem podobnych opowieści.
Historia o dziecku zaginionym w dużym sklepie to dziś najpopularniejsza w Polsce miejska legenda. Kiedyś ludzie straszyli się czarną wołgą, potem odurzaniem ludzi i wycinaniem im nerek, teraz wszyscy mówią o udaremnionym porwaniu. Opowieść lotem błyskawicy obiegła kraj: Warszawę, Katowice, Poznań, Głogów, Bielsko-Białą. W Trójmieście wywołała regularną panikę, na forach internetowych matki ostrzegały siebie nawzajem przed wizytami w hipermarketach i galeriach handlowych (w różnych wersjach opowieści pojawiają się różne sklepy: Tesco, Auchan, Carrefour, Ikea, lokalne galerie handlowe), komendy zasypały zgłoszenia o grasujących w hipermarketach porywaczach. Ludzie zaczęli wściekać się nawet na dziennikarzy, że ci nie piszą nic o dziewczynce, sklepie i zmienionym ubranku. Wietrzyli spisek - dziennikarzom usta zamknąć miała potężna grupa przestępcza stojąca za porwaniami.
- Legenda miejska to powieść osadzona we współczesnych realiach, niekoniecznie w mieście, ale zawsze gdzieś w naszym otoczeniu, w sklepie, za rogiem, w naszej miejscowości - mówi dr Filip Graliński z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, autor strony Atrapa.net poświęconej m.in. miejskim legendom. - Bohaterem jest zazwyczaj nikt konkretny, najczęściej znajomy znajomego, kolega koleżanki. Co bardzo ważne, w odróżnieniu od dowcipów czy przerażających historii opowiadanych na koloniach, opowiadający i słuchacz w większości przypadków wierzą w to, co mówią, biorą to na serio. I ostatnia rzecz - miejska legenda niesie zawsze ze sobą duży ładunek emocjonalny, jest w niej jakiś horror, makabra, alarm.
Zdaniem dr. Gralińskiego na tym właśnie polega tajemnica sukcesu miejskich legend. Są, żebyśmy coś poczuli. Potrzebujemy adrenaliny, więc skaczemy ze spadochronu. Chcemy wspólnie się przerazić, oburzyć - powtarzamy historię o udaremnionym porwaniu. - Prócz tego taka legenda jest z pewnością towarzysko atrakcyjna, opowiadający może błysnąć. I jeszcze ma miłe poczucie, że zrobił coś dobrego, przestrzegł bliskich przed zagrożeniem - dodaje Graliński.
Jego zdaniem miejskie legendy pojawiają się, wędrują i znikają na zasadzie przypadku.
- Udaremnione porwanie w latach 80. święciło triumfy w Stanach Zjednoczonych, w latach 90. w Czechach i na Słowacji. Dlaczego akurat tam? Akurat wtedy? Tego zapewne nie wie nikt - mówi specjalista od opowieści niesamowitych. - Z drugiej jednak strony legenda miejska oddaje w pewien sposób nasze lęki. Ta o dziecku w sklepie jest np. bardzo popularna wśród młodych rodziców. Można zaryzykować teorię, że legenda o udaremnionym porwaniu to werbalizacja ich wyrzutów sumienia, które czują, kiedy oddają się szałowi konsumpcji, a dzieci oddają do sklepowych bawialni.