- Jest zgoda co do tego, że KGHM nie znika z listy spółek do
prywatyzacji. Rozważamy teraz, jaki pakiet akcji mógłby być sprzedany - mówi "Gazecie" szef Komitetu Stałego Michał Boni. Na zlecenie premiera razem z ministrami gospodarki, skarbu i finansów Boni pracuje nad listą firm do prywatyzacji. Lista ma być gotowa w poniedziałek, tak by we wtorek mógł ją przyjąć rząd.
W przypadku KGHM bierze się pod uwagę sprzedaż około 10 proc. akcji. Skarb państwa ma dziś w miedziowym koncernie prawie 42 proc. akcji. Ten pakiet jest wyceniany na blisko 7 mld zł. Gdyby rząd zdecydował się sprzedać 10 proc. akcji, do
budżetu wpłynęłoby ok. 700 mln zł.
Gdy minister skarbu Aleksander Grad pod koniec lipca ogłosił, że na liście firm do prywatyzacji jest też KGHM, związkowcy z Lubina ogłosili pogotowie strajkowe. Na Grada posypały się gromy. Premier i wicepremier
Grzegorz Schetyna szybko oświadczyli, że koncern nie będzie prywatyzowany w tej kadencji, bo... Tusk przed wyborami obiecał to związkom.
Dlaczego rząd zmienia teraz zdanie?
- W kryzysie każdy milion się liczy. Szukamy najlepszego rozwiązania, żeby prywatyzować KGHM, a jednocześnie zachować dywidendę. Mamy nadzieję, że przekonamy związkowców. Chcemy, żeby to był pierwszy krok do całkowitej prywatyzacji spółki - mówi nam jeden z ministrów.
Związki z KGHM na
prywatyzację się nie zgadzają. - Będzie strajk. Nie ma powodu, żeby sprzedawać KGHM, bo spółka nie potrzebuje inwestora. Nie zgodzimy się, na sprzedaż tylko dlatego, że skarb państwa potrzebuje nagle pieniędzy - mówi "Gazecie" Ryszard Zbrzyzny, szef Związku Zawodowego Pracowników Przemysłu Miedziowego w KGHM.
Więcej - w piątek w Gazecie Wyborczej