Czy ktoś tu chce malować? Jeszcze jak! Odwiedziłem pracownie najmłodszych malarzy: studentów ostatniego roku akademii i zeszłorocznych absolwentów. Za dziesięć, piętnaście lat to ich prace powinny wypełniać publiczne i prywatne kolekcje sztuki nowoczesnej. To ich generacja być może zostawi po sobie artystyczny komentarz do naszych czasów. Spotkałem artystów, dla których wielką wartością jest solidny warsztat, wierzących, że jak dawniej przyszłością malarstwa jest porządnie namalowany obraz
Róża Puzynowska. Męskość hermafrodyty Na jednym z obrazów dyptyku namalowała pani dwie nagie kobiety, Murzynkę z fryzurą afro i blondynkę, typową dziewczynę z sąsiedztwa. Na drugim obrazie Murzynka ma jasną karnację blondynki, blondynka zaś jest kobietą ciemnoskórą. Jakiej reakcji oczekuje pani od widza? - Chcę, żeby moje obrazy, a dokładniej akty, niepokoiły widza, zmuszały go do refleksji nad ciałem, nad tożsamością człowieka. Ten dyptyk nie jest konsekwentną zabawą w czarne i białe, prócz zamiany skóry kobiety mają swoje, zgodne z rasą, włosy, inaczej też się zachowują.
W "Księdze tysiąca i jednej nocy" jest opowieść o niewolnicach różnych kolorów. Władca wzywa niewolnice, z których każda reprezentuje inny typ antropologiczny, inny kanon urody: jedna jest żółta, inna brązowa, jest biała, jest i czarna, jest niewolnica szczupła i pulchna. Władca żąda, by każda chwaliła siebie i ganiła inną. Czytając tę opowieść, uświadomiłam sobie, że takie sceny mam za oknem, że literacki, baśniowy pierwowzór jest w istocie społeczną codziennością.
Te dwie kobiety namalowałam w sytuacji braku harmonii, w sytuacji nierówności, nieujawnionej rywalizacji, wręcz utajonej walki, której istotny powód i sens jest na obrazie nieobecny.
Na innym dyptyku pięknej nagiej blondynce towarzyszy plastikowy męski manekin erotyczny gotowy do akcji seksualnej. Na kolejnym - manekin ten zwiotczał, jakby wypuszczono z niego powietrze. Na jednym z obrazów sportretowała pani siebie nago, lecz z męskim, gotowym do akcji seksualnej przyrodzeniem. O jakich stereotypach opowiada pani w tych pracach? - Nawiązuję w nich do antycznych mitów o Hermafrodycie i Androgynie. Wedle "Przemian" Owidiusza Hermafrodyta był pięknym i nieśmiałym synem Hermesa i Afrodyty, stąd jego imię. Zakochała się w nim bez wzajemności nimfa Salmakis. Kiedy podczas kąpieli wpadł w objęcia nimfy, poprosiła bogów, by na zawsze ich złączyli. Bogowie sprawili, że oboje, wraz z cechami płci, znaleźli się w jednym ciele.
Androgyn zaś to postać, w której stopiły się pierwiastki żeński i męski, zanikły cechy płciowe, tak natarczywie obecne u hermafrodyty. To już trzecia, odrębna płeć.
I choć to płeć doskonała, stanowiąca spełnienie odwiecznego marzenia o spotkaniu w życiu swej drugiej połówki, androgyn, podobnie jak hermafrodyta, są wyzwaniem dla tożsamości współczesnego człowieka. Przedstawiam ich na obrazach, także użyczając własnego ciała, bo ciekawi mnie, jak jest postrzegana osoba niepokojąco inna od nas samych, pokazująca możliwości, które w nas potencjalnie istnieją, ale które nas drażnią, budzą lęk.
I jak jest postrzegana? - "Lilith i Adam", dyptyk z dmuchanym manekinem męskim, z którego uszła energia, z manekinem zmęczonym, upadłym, nie był pokazywany publicznie. Załączyłam go do dyplomu. "Adama i Ewę", dyptyk z manekinem męskim dumnym i napuszonym oraz z dziewczyną z rozświetlonym kroczem, pokazałam jako studentka IV roku na wystawie prac na uczelni. Wywołał skandal.
Komu się nie spodobał? - Mój ówczesny chłopak stwierdził, że obrazem tym uwłaczam mężczyźnie, że traktuję mężczyznę przedmiotowo.
Koleżanki puszczały do mnie perskie oko, mówiły: wiesz, o co chodzi, jestem z tobą. Ale koledzy byli zniesmaczeni.
Czym? Namalowanym penisem? - Nie, nie, chodziło chyba o to, że ten Adam wraz ze swym męskim atrybutem jest napuszony, groteskowy, mimowolnie śmieszny, że odbieram mężczyznom ich najważniejszą godność - męską właśnie. Na tej samej wystawie był też rysunek modela wykonany przez koleżankę z mojego roku, linearny, w bieli i czerni. Tylko przyrodzenie modela było w kolorze, i to w takiej jaskrawej, pulsującej czerwieni. I żadnych protestów, żadnego skandalu nie było. Ale ten męski członek był patetyczny, niemalże heroiczny.
Czuję, że moim kolegom nie podoba się też fakt, że męskie przyrodzenie maluje kobieta. Gdyby malarzem był mężczyzna, to wszystko byłoby w porządku, nie przeszkadzałby nawet ryzykowny - dla konwencjonalnie rozumianej męskości - kontekst dzieła.
Ale gdy panowie malują dość detaliczne akty kobiece, to wszystko
gra, wszystko jest w porządku. Tylko ich płciowość ma być uwznioślona, artystycznie i psychologicznie uświęcona.