1. Ciężko jest zaczepiać ludzi i pytać ich o nagość.
Początek to bułka z masłem: dzień dobry, my z "Gazety", robimy materiał... hmm... o nagości. I wtedy się zaczyna. Nerwowe uśmiechy, przestępowanie z nogi na nogę, przyspieszanie kroku, poprawianie włosów, uciekające spojrzenia, pukanie się w głowę. I cała masa wymówek typu: nie mam czasu (a leżała na trawie i się opalała), śpieszę się (a czytała książkę).
I nawet nie można wytłumaczyć, że nam nie idzie o jakiś głupawy bajer, tylko o poważną sprawę, czyli o Polaków stosunek do własnego ciała.
Nie można, bo zaraz pojawia się wstyd, skrępowanie i zażenowanie.
A to się udziela. Do tego stopnia, że po pewnym czasie czujemy się jak podrywacze i podglądacze. Zboczeńcy jacyś.
No i jak tu teraz podejść, a jesteśmy w parku, do tych dziewczyn, co leżą na górce i bez staników opalają plecy? Albo do tej, co się rozebrała do bikini? Niby odważna, ale dlaczego schowała się w krzakach, na nos wsadziła czarne okulary, a do uszu słuchawki?
Albo do tego chłopaka, co usiadł na ławce, zdjął koszulkę i opala tors?
No, już bez przesady!
- Dzień dobry, jesteśmy z "Gazety", robimy materiał o nagości, a ty sobie tak siedzisz bez koszulki, więc
- ...bardzo mi przykro, ale nie lubię "Gazety Wyborczej" - dorzuca kolejną wymówkę do naszego bogatego już przecież zbioru.
I po chwili widzimy, jak rozgląda się wokół, wciąga tę koszulkę i ucieka z parku. Dosłownie. Biegiem. Naprawdę ciężko jest zaczepiać ludzi i pytać ich o nagość. A co dopiero namówić ich na fotografię!
2. Idziemy na nadwiślańską plażę.
Pustka.
Chociaż nie. Właśnie idzie jakiś pan. Czapka z daszkiem, wąs, goły tors i podwinięte do kolan dżinsy. Od słowa do słowa i już wiemy, że ma 33 lata, jest kawalerem i reperuje pralki.
- Jeśli chodzi o nagość, to pogląd na sprawę mam prosty. Jak się rozbierać, to tylko do slipek.
- Da się pan sfotografować? W tych slipkach?