Osłabiony skandalami obyczajowymi premier próbuje uśmierzyć rebelię we własnej partii Lud Wolności, której posłowie pochodzący z południowych regionów Włoch grożą rozłamem i powołaniem własnego ugrupowania Partia Południa. W rzymskich pałacach, gdzie jeszcze niedawno urządzano premierowi bachanalia z udziałem prostytutek sprowadzanych z całych Włoch, trwają dziś rokowania w sprawie ceny za utrzymanie jedności rządu.
- Zgadzam się, że Południe potrzebuje pieniędzy i planu przyspieszonego rozwoju. Jesteśmy gotowi na włoski plan Marshalla - ogłosił przed kilkoma dniami minister gospodarki Giulio Tremonti.
Pomimo kryzysu gospodarczego rząd obiecał 4,3 mld euro na rozwój Sycylii w najbliższych czterech latach, ale pozostałe regiony Południa (głównie Apulia, Kalabria i Kampania) wciąż pozostają z wyciągniętą ręką. - Kryzys? Inwestycje w Południe pomogą w ożywieniu włoskiej gospodarki - przekonuje wiceminister Gianfranco Micciche, jeden z przywódców rebeliantów.
Niewykluczone, że Berlusconi jeszcze kilka miesięcy mógłby zignorować takie głosy. Dziś musi pracowicie zabiegać o głosy Południa (w przyszłym roku będą wybory lokalne w kilku regionach południowych), bo w tej konserwatywnej części Włoch jego wizerunek nadszarpnęły nie tylko opowieści jego seksualnych partnerek w mediach, ale też spadające dochody Włochów oraz groźba rosnącego bezrobocia.
Premier chce powołać agendę rządową, która nadzorowałaby pomoc dla południowców i rozdzielała pieniądze m.in. na budowę dróg i pobudzenie przedsiębiorczości. Pomysł wywołuje wściekły sprzeciw koalicjantów z populistycznej Ligi Północnej.
- Żadnych nowych instytucji pomocowych dla Południa. Niech wszystko nadzoruje bezpośrednio premier. Przerabialiśmy to po wojnie. Ówczesna Kasa na rzecz Południa zarządzała pieniędzmi w sposób kryminalny - ogłosił w mediach Roberto Calderoli, minister ds. uproszczenia prawa.
Zapowiedź nowych dotacji dla Sycylii zapełniła włoskie gazety publikacjami o miliardach euro zmarnotrawionych na Południu w ostatnich latach. Budowana od lat 90. autostrada Katania - Syrakuzy mimo olbrzymich wydatków ma dziś zaledwie 12 kilometrów. Nieukończone szpitale i szkoły. I wreszcie projekt mostu przez Cieśninę Messyńską (między Kalabrią a Sycylią), który kosztem ponad miliarda euro chce po sobie pozostawić Berlusconi, choć jego wyborcy z Północy nie chcą na to dać ani centa. Na Północy powszechnie uważa się, że głównym beneficjentem budowy mostu będzie mafia nadzorująca w tym regionie sektor budowlany.
"Roma Ladrona" ("Rzymska Łotrzyca") - tak skrajna prawica z Mediolanu i Turynu mówi od dawna o stolicy Włoch i Kościoła, gdzie "urzędnicy i kardynałowie kradną pieniądze" dla swych "wiecznie sjestujących ziomków" z Katanii bądź Neapolu.
- Kryzys ożywia separatyzmy, które zaczęły przycichać we Włoszech pod koniec lat 90. Liga Północna znów mówi otwarcie swym robotniczym wyborcom: - Nie będziemy łożyć na Południe. Niech na dobrobyt zapracują sobie sami - tłumaczy włoski politolog Ilvo Lepri. Wedle najnowszych statystyk na Południu jest cztery razy więcej Włochów z dochodem poniżej tysiąca euro miesięcznie niż w silnie uprzemysłowionych regionach północnych.
Niechęć do Południa przekłada się m.in. na wrogość wobec pochodzących z Sycylii lub Kampanii nauczycieli, których bardzo wielu pracuje w Mediolanie, Bolonii, Wenecji.
Politycy Ligi Północnej straszą, że nie przekazują oni dzieciom właściwych wartości, a niedawno zaproponowali, by egzaminować ich ze znajomości historii i dialektów północnych Włoch. Zwłaszcza testy językowe szybko wyeliminowałyby wielu południowców ze szkół.
- Przed nami 150. rocznica zjednoczenia Włoch, którą powinniśmy obchodzić w 2011 r. Czy ktoś będzie ją chciał świętować? Czy jedność kraju to już dla nas tylko przykry ciężar? Czy kiedyś zbudujemy solidarne
Włochy, o których marzyli ich założyciele? - pyta włoski publicysta Enzo Bettiza.