Witold Orłowski: Znam wielu ludzi, którzy w ogóle nie zadają sobie takich pytań. Jeśli tylko jakikolwiek bank jest na tyle lekkomyślny, by pożyczyć im pieniądze, zaciągają kredyt, nie pytając skąd pochodzi.
Przede wszystkim, ma pan rację - pieniądze, które dostaje pan do ręki, zaciągając kredyt, nie należą do samego banku. Bank pełni jedynie funkcję pośrednika finansowego, czyli instytucji pośredniczącej między tymi, którzy posiadają oszczędności, a tymi, którzy mają dobry pomysł, w jaki sposób można by je wykorzystać.
Większość z nas nie ma ani ochoty, ani głowy do zakładania firmy i inwestowania. I Tu pomaga nam bank - zabiera od nas pieniądze w formie depozytu i wyszukuje przedsięwzięcie gospodarcze, które można z ich pomocą sfinansować. Pożyczone pieniądze zmieniają się więc w kapitał i - jeśli operacja przebiega zgodnie z planami - zaczynają pracować, wytwarzając zyski. A tymi zyskami w ostatecznym rachunku dzieli się przedsiębiorca, który wziął kredyt, bank (pobierając swoją marżę) i właściciel depozytu (uzyskując odsetki).
Generalnie więc, jeśli dostał pan w polskim banku 1000 zł kredytu, to były to pieniądze umieszczone tam wcześniej przez posiadaczy oszczędności, którzy złożyli w tym banku depozyty. Depozytów jest łącznie w polskich bankach około 600 mld zł (w 60 proc. są to depozyty gospodarstw domowych), więc jest z czego kredytów udzielać.
Ponieważ jednak pieniądz, który leży na koncie i nie jest komuś pożyczony, nie pracuje i nie przynosi dochodu, banki starają się, by w kasach takiej gotówki było jak najmniej. Zdarza się więc często, że gdy wzrasta popyt na kredyt, pański bank akurat gotówki nie ma pod ręką, bo dopiero czeka na jej dopływ w wyniku spłat kredytów i zakładania nowych depozytów. Nie musi panu jednak kredytu odmawiać, bo może zwrócić się po krótkookresową pożyczkę albo do innego banku komercyjnego, albo do banku centralnego.
Niech to pana jednak nie myli - nawet jeśli banknoty, które fizycznie panu wypłacono, trafiły tego dnia do kasy pańskiego banku ze skarbca
NBP, wcale nie oznacza to, że pożyczki udzielił panu bank centralny. Bank centralny tylko zasilił pański bank w gotówkę, umożliwiając mu fizycznie wypłacenie panu gotówki. Ale pański kredyt nadal pochodzi z depozytów, które złożono w pańskim banku.
Proszę jednak zwrócić uwagę i na to, że uzyskując spory kredyt, zazwyczaj nie wyniesie pan całej kwoty w walizce, ale raczej wypłaci tylko tyle, ile jest potrzebne na bieżące wydatki gotówkowe, a resztę pozostawi w banku. W ten sposób zwiększy pan jednak sumę depozytów, pozwalając bankowi udzielić kolejnych kredytów. Zjawisko to nazywa się w ekonomii "kreowaniem pieniędzy" i oznacza, że z określonej kwoty dostępnych w gospodarce oszczędności banki zazwyczaj wyprodukują znacznie większą łączną kwotę kredytów i depozytów. Innymi słowy, część owego 1000 zł kredytu, który pan dostał, pochodzi z depozytów założonych przez innych kredytobiorców, a więc niejako z kilkakrotnego wpuszczenia w obieg tych samych oszczędności.
Wszystko to byłoby piękne i oczywiste, gdyby suma depozytów w polskich bankach z grubsza równała się sumie udzielonych kredytów. Wówczas pański kredyt pochodziłby od polskich właścicieli depozytów - i to im oddawałby pan pieniądze, kiedy by pan go spłacał. Jednak suma kredytów w polskich bankach, choć jeszcze dwa lata temu mniejsza od sumy depozytów, od połowy roku 2007 zaczęła ją przekraczać, a obecnie jest aż o 100 mld zł większa od sumy depozytów.
Jak to było możliwe? Gdy w roku 2008 bankom zabrakło już własnych depozytów, a nadal chciały udzielać kredytów, sięgnęły po kapitał z banków zagranicznych. Banki zagraniczne (głównie zachodnie banki-matki) udzielały polskim (głównie swoim bankom-córkom) wielkich pożyczek, które służyły za źródło nowych kredytów. W naszym kraju osiągnęło to rozmiary poważne, ale mieszczące się w granicach rozsądku. Łotwę doprowadziło na skraj finansowej katastrofy.
W takiej sytuacji okazuje się bowiem, że znaczącą część z owego 1000 zł pożyczył pan od szwajcarskich, niemieckich czy amerykańskich rentierów. A być nadmiernie uzależnionym od zagranicznego posiadacza kapitału to rzecz niebezpieczna, bo nigdy nie wiadomo, kiedy owi obcy rentierzy wpadną w panikę i zaczną wycofywać swoje kapitały z innych krajów.