66-letni niemiecki adwokat Michael Bohndorf wypatrzył trzy razy młodszą Brazylijkę Adriannę w kafejce w małej miejscowości St. Gertrudis na Ibizie. - Była smakowitym kąskiem - opowiadał potem dziennikarzom, pokazując przy tym zdjęcie czarnowłosej piękności w skąpym bikini. Spędzili ze sobą kilka godzin.
Spotkanie, które miało miejsce trzy lata temu, w ogóle nie zainteresowałoby niemieckiej prasy i absolutnie nigdy nie trafiłoby na czołówki serwisów zajmujących się gospodarką, gdyby w jego tle nie pojawił się Deutsche Bank. Bohndorf jest jego mniejszościowym akcjonariuszem, a Adrianna na zlecenie władz banku próbowała go uwieść i szpiegować.
W tym samym czasie inni specjaliści pracujący na zlecenie Deutsche Banku obserwowali Bohndorfa i jego dom na Ibizie. Powstał gruby raport opisujący w szczegółach, z kim adwokat się spotykał i co robił. Agentów interesowały też jego słabostki, np. pociąg do hazardu czy alkoholu. Wszystko po to, by dowiedzieć się, jaki numer zamierza znowu bankowi wywinąć drobny akcjonariusz.
Bohndorf wielokrotnie bowiem podpadł menedżerom nadaktywnością podczas walnych zgromadzeń. Nieustannie o coś się dopytywał, a gdy nie dostawał od zarządu odpowiedzi, szedł ze skargą do sądu, gdzie często wygrywał. Bank tracił przez niego twarz.
Śledzono też m.in. szefa związków zawodowych w banku i menedżera odpowiedzialnego za technologie internetowe. Temu ostatniemu najnormalniej w świecie założono podsłuch. Szefostwo banku chciało sprawdzić, czy nie przekazują tajnych informacji dziennikarzom.
Enerdowscy bezpieczniacy w służbie kapitalizmu
Szpiegowskie zlecenia Deutsche Bank dał kilku firmom zewnętrznym zajmującym się gospodarczym kontrwywiadem. Wśród nich pojawia się berlińska agencja detektywistyczna Desa. Firmę po upadku muru berlińskiego założyli Klaus-Dieter Baier i Frank Hendrik John. Zanim mur upadł, obaj byli wyróżniającymi się oficerami w II zarządzie Ministerstwa Bezpieczeństwa Państwa, czyli w kontrwywiadzie Stasi. W nowej firmie przygarnęli wielu dawnych kolegów ze służby.
Gdy sprawa wyszła na jaw, frankfurcka centrala Deutsche Banku zatrzęsła się w posadach. Dwa tygodnie temu z pracy wylecieli szef działu relacji inwestorskich i szef działu ochrony oskarżeni, że bezpośrednio kierowali akcją szpiegowską. Śledztwo wszczęły prokuratura i nadzór bankowy. Mocno zachwiała się też pozycja szefa rady nadzorczej banku Clemensa Börsiga, który miał dać zielone światło do szpiegowania akcjonariusza, związkowca i swoich podwładnych. Choć w zeszłym tygodniu rada nadzorcza oczyściła go z zarzutów, wątpliwości pozostały.
Reputacja banku ewidentnie po skandalu ucierpiała, czego nie można powiedzieć o Desie. Według mediów, firmie klientów nie brakuje. Na stronie internetowej ciągle chwali się, że przez 18 lat pracowała dla ponad 500 instytucji na całym świecie. "Naszych detektywów coraz częściej zatrudnia się jako zewnętrznych ekspertów do walki z sabotażem gospodarczym. Dzięki doświadczeniu możemy wykrywać przestępstwa, rozpoznać motywację sprawców i okoliczności, które im sprzyjają" - brzmi reklama w sieci. O tym, że założyciele zdobywali umiejętności w Stasi, nie ma ani słowa. A konkretów o klientach w dziale "referencje" jest niewiele.
"Spiegel" jednak rok temu podał, że Desa bierze zlecenia z najwyższej półki. Byli agenci Stasi na zlecenie wielkiego koncernu ubezpieczeniowego Allianz badali przypadki wyłudzeń odszkodowań. Inny gigant, sieć supermarketów spożywczych Rewe, zlecił im obserwowanie kontrahenta, który ogłosił upadłość, oraz walkę z gangiem okradającym magazyny. Ale do historii niemieckiego biznesu przejdzie kontrakt, jaki Desa podpisała z Deutsche Telekom, niemieckim odpowiednikiem TP SA.
Telekom szpieguje dziennikarzy
Na przełomie 1999 i 2000 r. Telekom przeżył najgorszy kryzys w swojej historii. Szykowano m.in. potężne zwolnienia. Choć ówczesny prezes koncernu Kai-Uwe Ricke rozmawiał o cięciach z radą nadzorczą za zamkniętymi drzwiami, szczegóły co chwila wyciekały do prasy. - Ta firma jest dziurawa jak szwajcarski ser - wściekał się prezes i kazał wytropić przecieki. Zadanie powierzono m.in. Desie.
Telekomowi podpadł m.in. Tasso Enzweiler, jeden z głównych reporterów "Financial Times Deutschland". Regularnie pisał o pogarszających się wynikach koncernu, publikując dane z poufnych posiedzeń. Z protokołów, jakie ujawniono rok temu, wynika, że dwa zespoły agentów Desy przez kilka tygodni śledziły dziennikarza i tropiły jego informatorów. Całość do złudzenia przypominała klasyczną akcję Stasi. Stworzono profil dziennikarza i modele jego zachowania. Słowo po słowie prześledzono jego artykuły, szukając jakichkolwiek zbieżności mogących doprowadzić do źródła przecieku. Enzweilera śledzono w domu i w pracy, także przy użyciu ukrytych kamer. Agentów Desy interesowało nawet pochodzenie jego żony i stosunek Enzweilera do dzieci. Sprawdzono billingi, z urzędów wyciągnięto dane o nim i jego rodzinie: jakimi autami jeżdżą czy byli karani itd.
Pięć lat później agenci (prawdopodobnie również Desy) na zlecenie Telekomu szpiegowali innego krytycznego dziennikarza - Reinharda Kowalewsky'ego z magazynu ekonomicznego "Capital". Doszło do tego, że na zlecenie Telekomu przekupiono jednego z pracowników redakcji, by dowiedział się, kto jest źródłem reportera. W zamian za informacje agentowi zafundowano usługi ekskluzywnych prostytutek. Telekom za pośrednictwem firm takich jak Desa szpiegował też dziennikarzy innych tytułów i związkowców. Praca musiała przynieść efekty, bo Ricke dostał prawie kilkadziesiąt możliwych źródeł przecieku. Jedną z metod, jaką przyjęli tropiciele przeciwników, była żmudna analiza setek tysięcy billingów telefonicznych pracowników i szukanie na nich numerów do krytycznych dziennikarzy.
W kwietniu zeszłego roku szef jednej z firm pracujących dla Telekomu wysłał do zarządu faksem żądanie, by koncern wreszcie zapłacił za szpiegowanie pracowników. Chodziło o 650 tys. euro. Firma groziła, że jeśli Telkom nie zapłaci, o sprawie dowiedzą się dziennikarze i akcjonariusze. Choć Telekom od razu przelał część pieniędzy, afera i tak wyszła na jaw. Od roku niemiecka prokuratura prowadzi przeciwko kilku menedżerom Telekomu, w tym Rickemu, śledztwo w sprawie złamania tajemnicy korespondencji, ustawy o ochronie danych osobowych i nielegalnego podsłuchiwania rozmów telefonicznych.
Deutsche Bahn nie sięgał wprawdzie po dawnych pracowników enerdowskiej bezpieki, ale pomocy w szpiegowaniu własnych pracowników koncernowi udzielili eksperci z działu bezpieczeństwa... Deutsche Telekomu. Kolej zresztą hołdowała głównej zasadzie Stasi - kontrola pracowników była totalna i trwała bez ustanku. Dział bezpieczeństwa prześwietlił w ciągu kilku ostatnich lat praktycznie każdego pracownika koncernu. W tym celu stworzono specjalny system kontrolujący e-maile i telefony.
Początkowo chodziło o wyłapanie tych, którzy brali łapówki od podwykonawców za ustawione przetargi. Potem jednak system rozszerzono tak, by wyłapywał pracowników, którzy wynosili sekrety firmy na zewnątrz. Codziennie system filtrował 145 tys. e-maili, które potem porównywano z "czarną listą" dziennikarzy, ekspertów i pracowników biur poselskich. Gdy pojawiały się podejrzenia wobec któregoś z pracowników, pracownicy działu ochrony sprawdzali dyski twarde na jego komputerze. Badano też konta bankowe i billingi. Tym, których koncern zamierzał zwolnić, podrzucano na komputery pliki z pornografią, by szybko i bez problemów pozbyć się nielojalnego pracownika.
Afera na kolei wybuchła wiosną tego roku. Kosztowała głowę prezesa Hartmuta Mehdorna, który do końca utrzymywał, ze koncern nie zrobił nic nielegalnego. Także przeciwko niemu trwa śledztwo.
65 tys. byłych agentów do usług
Ile firm, za którymi tak jak w przypadku Desy stoi pół wieku doświadczeń Stasi, świadczy swoje usługi niemieckim koncernom? Nie wiadomo. Jednak "Financial Times Deutschland" alarmuje, że świat niemieckiej gospodarki robi się coraz bardziej brutalny. Mnożą się włamania do biur, coraz częściej sięga się po podsłuchy czy śledzi menedżerów konkurencji. Koncerny muszą się przed tym bronić i rozbudowują swoje działy bezpieczeństwa. Do pracy potrzebni są wykwalifikowani pracownicy, którzy wiedzą, jak podłożyć, ale też jak wykryć pluskwę, jak zdobyć informatora i jak przesłuchiwać podejrzanego pracownika. Taką wiedzę mają właśnie weterani Stasi.
Po zjednoczeniu Niemiec wielu z 90 tys. rzeszy byłych funkcjonariuszy trafiło do zachodnioniemieckiej policji i specsłużb. Jednak zdaniem berlińskiego historyka Ilko-Saschy Kowalczuka w obiegu ciągle jest ok. 65 tys. byłych pracowników bezpieki w wieku produkcyjnym. Nikt nie ma wątpliwości, że nie biorą zasiłku dla bezrobotnych, tylko sprzedają swoje umiejętności w świecie biznesu.
Niemieccy komentatorzy alarmują jednak, że działy bezpieczeństwa i pracujący dla nich eksperci coraz częściej łamią prawo, sprawdzając lojalność pracowników: wchodzą w ich intymne życie, sprawdzają billingi telefoniczne i wyciągi z kont
Mania wielkości i paranoja - to zdaniem "Süddeutschte Zeitung" pcha szefów największych koncernów do szpiegowania swoich podwładnych. Wydaje im się, że są ponad prawem, a gorsze wyniki spółki czy nieprzychylne publikacje tłumaczą spiskiem współpracowników. - Jeśli ktoś w kierownictwie koncernu ubzdura sobie, że prasa prowadzi z nim wojnę, to prędzej czy później sięgnie po metody, jakie stosuje wywiad i wojsko. Najlepszą obroną jest atak - mówi z kolei "Spieglowi" Klaus Kocksekspert od PR , dawny rzecznik Volkswagena.
Źródło: Gazeta Wyborcza