W sobotę Ministerstwo Obrony Rosji ostrzegło, że rezerwuje sobie prawo użycia siły, jeżeli
Gruzja będzie kontynuować prowokacje wobec Osetii Południowej, zbuntowanej prowincji gruzińskiej, która w wyniku ubiegłorocznej wojny została zajęta przez armię rosyjską i ogłosiła niepodległość. Zdaniem generałów z ministerstwa Gruzini od środy ostrzeliwali z moździerzy Cchinwali, stolicę samozwańczej republiki.
W odpowiedzi Tbilisi oskarżyło Moskwę, że próbuje realizować na Kaukazie niebezpieczny scenariusz i destabilizować sytuację w regionie. Ekaterina Tkeczelaszwili, szefowa Rady Bezpieczeństwa Narodowego Gruzji, zaprzeczyła oskarżeniom Rosji i przypomniała, że Moskwa postępuje dziś tak samo jak przed rokiem, kiedy dzięki prowokacjom doprowadziła do wojny z sąsiadem. Tkeczelaszwili zaapelowała do wspólnoty międzynarodowej o wysłanie Rosji jasnego sygnału, który pomoże uniknąć wypadków sprzed roku.
Natomiast prezydent Gruzji
Micheil Saakaszwili wzrost napięcia tłumaczy tym, że
Rosja nie rezygnuje z planów pozbawienia go stanowiska głowy państwa. I przypomina, że
Władimir Putin "przysięgał, że powiesi go za pewne miejsce".
Taką obietnicę premier Rosji miał ponoć złożyć w czasie spotkania z prezydentem Francji Nicolasem Sarkozym, kiedy ten w sierpniu 2008 r. przyjechał do Moskwy, by doprowadzić do zawieszenia broni między Rosją a Gruzją.
Saakaszwili zapewnia, że Gruzja nie dąży do nowej wojny z Rosją.
Członkowie misji obserwacyjnej OBWE w Gruzji nie mogą być arbitrami w dzisiejszym sporze Rosji i Gruzji oskarżających się o prowokacje. Są w stanie potwierdzić jedynie to, że w ostatnich dniach doszło do eksplozji w okolicach Cchinwali, ale nie wiedzą, kto i skąd strzelał, bo władze Osetii i armia rosyjska zabroniły im wstępu do regionu.