Jedyne informacje z rozpoczętego w sobotę procesu podaje irańska agencja Fars, zachodnie media nie mają dzisiaj do Iranu wstępu.
O 9 rano na ławie oskarżonych zasiadła prawdziwa śmietanka opozycji - były wiceprezydent Muhammad Ali Abtahi, byli wiceministrowie, były rzecznik rządu, znani dziennikarze. Obok nich zwolennicy dwóch przegranych w wyborach prezydenckich z 12 czerwca, Mir Hosejna Musawiego i Mahdiego Karubiego, a także doradcy byłego prezydenta, reformatora Muhammada Chatamiego, który poparł Musawiego.
Był też dziennikarz "Newsweeka" o irańskim i kanadyjskim obywatelstwie Maziar Bahari. Wszyscy w uniformach więziennych, niektórzy w kajdankach. Według opozycji nie mają nawet dostępu do adwokata.
Na ławę oskarżonych trafili za udział w demonstracjach, jakie wybuchły po wyborach. Opozycja jednogłośnie uznała, że Mahmud Ahmadineżad zapewnił sobie reelekcję dzięki fałszerstwom, a prawdziwym zwycięzcą jest Musawi. Na ulice wyszły setki tysięcy ludzi, w zamieszkach kilkadziesiąt osób zginęło, kilkaset zostało rannych, co najmniej dwa tysiące trafiły za kratki, z czego część została zwolniona.
Teraz sądzeni są pierwsi z aresztowanych. Jeszcze w zeszłym tygodniu władze twierdziły, że na pierwszy ogień pójdzie zaledwie 20 manifestantów. Tymczasem w sobotę na ławie oskarżonych zasiadło ich aż stu.
Niektórzy po miesiącu spędzonym w więzieniu spokornieli.
- Przyznaję, że wybory były w porządku, nie było żadnych oszustw, popełniłem duży błąd, uczestnicząc w protestach - przekonywał Abtahi. - To wrogowie Iranu zarzucili rządowi kłamstwo, żeby zrobić z nas drugi
Irak lub
Afganistan - tłumaczył i zarzucił Musawiemu i Chatamiemu długoletnie knucie przeciwko najwyższemu przywódcy, wielkiemu ajatollahowi Alemu Chameneiemu.
O łaskę prosił też dziennikarz "Newsweeka". - Nieświadomie uczestniczyłem w aksamitnej rewolucji, jaką Zachód chciał przeprowadzić w Iranie za pomocą mediów - stwierdził w oświadczeniu dla prasy. - Żałuję swego postępku i proszę najwyższego przywódcę o wybaczenie.
Z kolei irańsko-amerykański socjolog Kian Tajbaksh zeznał, że za zamieszkami stoją
Stany Zjednoczone, które "od dawna chcą zmiany irańskiego reżimu".
Zdaniem opozycji takich zeznań będzie dużo więcej, bo są wymuszane na więźniach. Oskarżonym grozi pięć lat za kratkami, chyba że zostaną uznani winnymi przestępstwu przeciwko Bogu, wtedy mogą zawisnąć.
Lista zarzutów jest imponująca: udział w zamieszkach, akty wandalizmu, działanie na szkodę bezpieczeństwa narodowego i spiskowanie przeciwko systemowi prawno-politycznemu.
Pierwsze posiedzenie zakończyło się w sobotę, na razie nie wiadomo, kiedy będzie kolejne.