Pożyczyłam od mojej babci Aliny Sawickiej egzemplarz 'Kinderszenen', najnowszej książki Jarosława Marka Rymkiewicza. Egzemplarz wprawdzie bez dedykacji, ale z przyklejoną na wewnętrznej stronie okładki kartką 'Od autora'. Z książki tu i ówdzie wystają czerwone i żółte karteczki, całe strony upstrzone są ołówkowymi notatkami na marginesach. Polemikami, uwagami, wykrzyknikami. Postanowiłam zapytać o te marginesy.
Jakie jest twoje najwcześniejsze wspomnienie?
Bicie dzwonów i wycie syren, dźwięk niosący się wzdłuż ulicy Marszałkowskiej. Mama, w zaawansowanej ciąży, stoi na balkonie i płacze. To był dzień pogrzebu Piłsudskiego. Niedługo później urodził się Jarek. Pamiętam, jak szliśmy z ojcem do kliniki u zbiegu Marszałkowskiej i placu Zbawiciela, żeby zobaczyć braciszka. Jaka to była radość! Dziś, kiedy przechodzę obok tej na wpół zrujnowanej kliniki, gdzie oboje z bratem się urodziliśmy, ściska mi się serce, że nasze drogi teraz - jako starych ludzi - tak bardzo się rozeszły.
Nosimy to samo nazwisko: Sawicka. Ja, ponieważ tak się nazywa mój tata, a twój syn Józef. Ty, bo w roku 1951 wyszłaś za Konrada Sawickiego, mojego nieżyjącego już dziadka. Urodziłaś się jako Alinka Rymkiewiczówna?
Nie. Urodziłam się jako Alinka Szulcówna i byłam Szulcówną - a mój brat Jarkiem Szulcem - do połowy lat 40. Wtedy nasi rodzice Hanna i Władysław Szulcowie zmienili nazwisko na Rymkiewicz. Głównie na skutek patriotycznego uniesienia mamy, która uważała, że nazwisko Szulc przynosi jej ujmę. Po wojnie w filmach, słuchowiskach czy powieściach każdy podły Niemiec nazywał się Schulz. A że ojciec jeszcze przed wojną jako pisarz używał pseudonimu Rymkiewicz - nazwiska rodowego swojej matki - rodzice zdecydowali się właśnie na nie. W najmniejszym stopniu nie jestem germanofilką. Ale kiedy mój brat opublikował 'Kinderszenen' - książkę o wyraźnie antyniemieckim charakterze - byłam zdumiona. Pisanie takiej książki, kiedy ma się trzy ósme krwi niemieckiej...
Po kim ta krew?
Po dziadku ze strony ojca. Nazywał się Bruno Szulc, był Niemcem, protestantem. Ożenił się z Ireną Rymkiewiczówną ze zubożałej szlacheckiej rodziny, chyba o korzeniach litewskich. W swoim czasie mój brat chętnie się do tych korzeni przyznawał. Bardzo to sympatyczne, choć rodzina naszej babci już przed I wojną mieszkała w Kaliszu.
Pamiętasz dziadka Szulca?
Pamiętam, umarł w pierwszym czy drugim roku wojny. Budził we mnie strach, był mrocznym człowiekiem. I dosyć srogim. Mama wspominała, że kiedy byli jeszcze narzeczeństwem, ojciec - ceniony adwokat - musiał codziennie o określonej porze wracać wieczorem do domu. Bo przed kolacją u Szulców czytało się Biblię jak w każdej porządnej rodzinie protestanckiej.
A ta pozostała jedna ósma krwi niemieckiej?
Po babci ze strony mamy - Alinie Baranowskiej-Dolatowskiej z domu Rau. Jej ojciec był Niemcem. Wyszła za mąż za dziadka Baranowskiego, który miał zróżnicowane korzenie, także tatarskie. Rodzina kiedyś nazywała się Tuhan-Baranowscy i, jak twierdził mój wujek Bogdan, profesor historii na Uniwersytecie Łódzkim, pieczętowała się herbem Tuhan. Jesteśmy niezłą mieszanką.
W jakiej tradycji was wychowywano?
Mama była lekarką, tata pisarzem i prawnikiem cywilistą. Obracali się w kręgu liberalnej, lewicującej inteligencji, byli piłsudczykami. Żarliwie wielbiła Piłsudskiego twoja prababcia. Nie wychowano nas zbyt pobożnie, ale byliśmy ochrzczeni. Rodzice mieli katolicki ślub w kościele św. Aleksandra.
A co na to dziadek Szulc?
Zgadzał się, żeby część jego dzieci - a może nawet wszyscy czworo, tego już nie dojdziemy - była wyznania jego żony, babci Szulcowej z Rymkiewiczów. No, a jedno z tej czwórki, ciocia Marychna, zostało matką Zofią, która przez wiele lat była matką generalną zgromadzenia sióstr zmartwychwstanek i mieszkała w Rzymie. Mój tata był więc formalnie katolikiem. Ewangeliczką była mama, wyznanie zmieniła dopiero podczas wojny.
Miałam 10 lat, kiedy umarła prababcia - babcia Hania, jak o niej mówiliśmy - ale dobrze ją pamiętam. Jej poczucie humoru, powiedzonka i to, że wciąż robiła zdjęcia.
O, była niezwykła. Niełatwa. Pełna energii i żarliwości. Wciąż opowiadała się za przeróżnymi ideałami, zawsze bardzo się angażowała. Wielbiła Piłsudskiego, po wojnie należała - tak jak tata - do PPS-u i wtedy była zdecydowanie lewicowa. (Ja też byłam w swoim czasie żarliwą zetempówką, nie mam zamiaru tego w mojej biografii przekreślać). Potem - równie gorąco jak po stronie komunizmu, który w początkach PRL-u wydawał się nadzieją na przyszłość - opowiedziała się za "Solidarnością". Była entuzjastką Okrągłego Stołu, uwielbiała Wałęsę.
To pamiętam z jej ostatnich lat, kiedy mieszkała u ciebie. Nie była już wtedy zupełnie przytomna, ale kiedy zdjęłaś ze ściany portret Wałęsy, domagała się, żebyś go przywróciła.
Znów go powiesiłam, zauważyłaś? Ten portret narysowany przez Jacka Fedorowicza dostałam od brata i bratowej w latach stanu wojennego. Bardzo dobrze wspominam tamten czas, wizyty na Filtrowej u Jarków, rozmowy o tym, jacy obrzydliwi i prymitywni są ci nasi komunistyczni wodzowie. Łączyły nas wtedy te same poglądy. Ale miałyśmy nie mówić o polityce.
Źródło: Wysokie Obcasy