Jak na Hindusa dalitę jest nieprzeciętnie wysoki. Ma czarnobrunatną karnację, bujną czuprynę i gęstą brodę. Szeroko się uśmiecha. Chciałby zostać aktorem, ale wie, że mu się to nie uda. Przemysł filmowy zdominowany jest przez kasty wyższe. Kto dałby szansę dalicie? Swój talent wykorzystuje inaczej. Jeździ po wsiach południowego stanu Indii Karnataka i organizuje programy kulturalne. Co tydzień w innej wiosce wystawiają sztukę. Tematy: O rolnikach pracujących przymusowo u właściciela ziemskiego z wyższej kasty. O okrucieństwach popełnianych na dalitach przez wyższe kasty. O brutalności policji.
Umesh pracuje w organizacji Jeevika (po polsku: "środki do życia"). Pragnie, by dzieci dalitów miały ich dzisiaj więcej niż on dwadzieścia lat temu.
Umesh: - Mojego tatę oszukali rodzeni bracia. Nie dostał spadku po ojcu. Zadłużył się u właściciela ziemskiego i do końca życia musiał harować u niego w polu. Co dzień wychodził rano i wracał wieczorem. Ale i to nie starczało na rodzinę - matkę, brata i trzy siostry. Tłoczyliśmy się w jednej izbie domu z przeciekającym dachem. Gdy padało na środek pokoju, wszyscy przylegaliśmy do bocznej ściany. Chodziłem głodny. Raz poszedłem poprosić o jedzenie żonę właściciela ziemskiego, u którego pracował tata. Dała mi specjalny jednorazowy talerz, po czym z pewnej wysokości rzuciła na niego kulkę jedzenia. Tak by przypadkiem mnie nie dotknąć. Czułem się upokorzony, ale głód nie pozwalał mi odmówić. Potem rzuciła drugą kulkę, mimo że byłem już najedzony. Odłożyłem ją do garnka. Na to ona wpadła w szał. Jako niedotykalny zabrudziłem jej naczynie.
W szkole koledzy z wyższych kast gardzili mną, ale ja byłem pilnym uczniem. Jednak podczas egzaminu kończącego dziesiątą klasę podrzucono mi ściągawkę. Nauczyciel nazwał mnie oszustem i zabrał moją pracę. Z wściekłości cisnąłem książki na podłogę i wybiegłem z sali. Nie wróciłem do szkoły. Miałem szesnaście lat.
W tym czasie do wioski Umesha przyjeżdża jezuita z Karnataki.
Kiran: szkolić liderów
Jasnobrązowa cera, siwy wąs, okulary. Ma pod sześćdziesiątkę, ale wygląda o dziesięć lat młodziej. Pochodzi z rodziny chrześcijańskiej, z północnej Karnataki. Ojciec był średnio zamożnym właścicielem ziemskim. Pracowali u niego dalici z okolicznych wsi.
Kiran od dziecka lubi spędzać czas z rolnikami i słuchać ich opowieści. Jako szesnastolatek wstępuje do jezuitów (dziesięć lat temu opuścił zakon, a wiarę w Boga zamienił na wiarę w człowieka). Chce poświęcić się dla ubogich z niskich kast. Studiuje antropologię, czyta Biblię i Marksa. Fascynuje się teologią wyzwolenia. Myśli: chrześcijaństwo to wyrzeczenie się siebie dla biedaków. Z czasem odkrywa pisarstwo Ambedkara, idola niedotykalnych i architekta konstytucji Indii
z 1950 roku. W latach 80. zaczyna jeździć po wsiach Karnataki. Mieszka i je z dalitami. Uczy się lokalnych dialektów języka kannada.
Ma cel - szkolić młodych liderów. Uczy angielskiego, mówi o prawach rolników bez ziemi, analizuje strukturę społeczną Indii. Inspiruje do działania. W jednej z wiosek popada w konflikt z kastami panującymi.
- Nie podobało się im, że uczę dalitów. "Nie do tego są stworzeni!" - oburzali się. Pewnego dnia w parę osób wizytowaliśmy okoliczne wsie. Mieliśmy na sobie długie spodnie. Wybuchł skandal. Na terenie wioski dalici powinni nosić tylko spodnie krótkie. Długie oznaczają afiszowanie się bogactwem - to przywilej zarezerwowany dla wieśniaków z wyższych kast. Musiałem uciekać z wioski.
Dziś Jeevika - organizacja Kirana - obejmuje zasięgiem 20 tzw. taluków w Karnatace, czyli ok. 50 tys. wsi (jeden taluk to 2-3 tys. wiosek).
- Udało się nam zaszczepić w dalitach świadomość praw, o których nie mieli pojęcia. Dzięki temu liczba rolników pracujących przymusowo w Karnatace zmniejszyła się o jedną czwartą. Ale to kropla w morzu potrzeb. Dalici, dwieście milionów ludzi, są na dnie społeczeństwa. Czyszczą latryny, zamiatają ulice, grzebią zmarłych. 70 proc. nie ma ziemi, więc pracują za grosze u obszarników z wyższych kast. Na wsiach ciągle cierpią z powodu niedotykalności, odmawia się im wstępu nawet do świątyń.
Ambika: będzie nauczycielką
Szkoła Jeeviki w Malur w południowej Karnatace. Dwunastoletnia Ambika patrzy na mnie żywymi oczami. Na ramiona opadają jej dwa ładne kucyki. Lubi tańczyć i uczyć się angielskiego. Wymieni już części ciała: head, nose, ears, mouth W przyszłości będzie nauczycielką. Ambika pracowała cztery lata w fabryce cegieł. Każdy w okolicy wie, że fabryki zatrudniają tu dzieci. Do jej rodziców, dalitów, przyszli aktywiści Jeeviki. Tłumaczyli, że dziecko powinno chodzić do szkoły. Rodzice byli przeciwni. Oni też pracowali w fabryce, córka musiała dokładać się do budżetu. Ale w końcu się zgodzili, bo organizacja zapewnia dzieciom utrzymanie i pomaga nadrobić zaległości, zanim pójdą do szkoły państwowej.
Kiran: - Wiele dzieci dalitów wcześnie przerywa naukę. Sprzyja temu obojętność dyrektorów szkół. Przytoczę jeden przykład. Zaangażowany społecznie policjant pyta dyrektora z wyższej kasty: ile dzieci w okolicy nie uczęszcza do szkoły?
Odpowiedź: - Zero.
- To chodźmy na spacer - mówi policjant. Idą do dzielnicy dalitów, a policjant pokazuje palcem: - Ten, ten, ten
Czy dyrektor był tego świadom? Jasne, że tak! Ale jemu zwyczajnie nie mieściło się w głowie, że dalici też powinni skończyć szkołę.
Mimo to poziom wykształcenia dalitów znacznie się podniósł, ponieważ w instytucjach i na uniwersytetach państwowych mają zagwarantowane 15 proc. miejsc.
Źródło: Duży Format