Co o tym sądzisz? Napisz: listydogazety@gazeta.pl
Według naszych rozmówców w rządzie i Platformie pomysł cięć pojawił się dwa tygodnie temu na naradzie premiera Donalda Tuska z najbliższymi współpracownikami.
- Mamy na głowie trudny
budżet na 2010 r. - mówi "Gazecie" bliski współpracownik premiera. - Prezydent i opinia publiczna nie chcą podwyżki podatków.
Lech Kaczyński nie godzi się też na obcięcie pieniędzy dla armii. A oszczędzać musimy.
Stąd pomysł obcięcia o 10 proc. liczby zatrudnionych w ministerstwach, agencjach rządowych i urzędach wojewódzkich.
Plan ma przygotować szef Komitetu Stałego minister Michał Boni, człowiek Tuska do zadań specjalnych. O planie mówi ogólnikowo: -Zaczęliśmy prace studialne i analityczne związane z racjonalizacją zatrudnienia. Projekt będzie gotowy za miesiąc.
Administracja rządowa to dziś około 120 tys. osób. Średnia pensja urzędnika to 4,1 tys. zł (średnia krajowa w czerwcu 3,287 zł). Gdyby zwolnić 10 proc. zatrudnionych, budżet zaoszczędziłby w 2010 r. ponad pół miliarda złotych na samych pensjach.
Rząd ograniczył już w tym roku wydatki państwa na transport, rezerwy celowe, policję, naukę, sądy, pomoc społeczną itp. W sumie o ponad 21 mld zł.
W resortach i urzędach wojewódzkich nic o planowanych zwolnieniach jeszcze nie słyszeli. -Już dwa razy w tym roku musieliśmy ciąć wydatki. Myśleliśmy, że to koniec - mówi nam pracownik resortu skarbu.
W dolnośląskim urzędzie wojewódzkim pracuje 600 osób. Gdyby rząd ciął etaty, wojewoda Rafał Jurkowlaniec musiałby zwolnić 60 osób. - Nie słyszałem o takich planach -mówi "Gazecie" Jurkowlaniec. - Jesteśmy na innym etapie. Od 1 sierpnia przekazujemy część kompetencji i pracowników do urzędów marszałkowskich w ramach decentralizacji. Odeszło właśnie 370 osób.
Zdaniem szefa Rady Służby Cywilnej Adama Leszkiewicza cięcie etatów można przeprowadzić bez dezorganizacji pracy urzędów. -Jest wiele miejsc w administracji, gdzie można zracjonalizować koszty, także osobowe -mówi "Gazecie" Leszkiewicz.
W tym roku administracja przeprowadziła przegląd stanowisk. Chodziło oto, żeby stanowiska i zadania się nie dublowały. -W każdym ministerstwie są departamenty prawne, które wykonują podobne zadania. Ale w jednym resorcie pracuje pięć osób, a winnym dziesięć, nie wiadomo po co -mówi nam szef Rady Służby Cywilnej.
Według niego sposobem na cięcie kosztów byłby outsourcing, czyli zlecanie usług na zewnątrz. - Ministerstwa nie muszą mieć własnej poligrafii czy samochodów. Taniej będzie zlecić te usługi firmom - ocenia Leszkiewicz.
Za odchudzeniem administracji jest też koalicyjny
PSL. Chce m.in., by ograniczyć używanie samochodów służbowych. - Nie mogą wozić tysięcy urzędników do pracy i z pracy - powiedział wczoraj Stanisław Żelichowski, szef klubu PSL.
Nasi rozmówcy w resortach i urzędach wojewódzkich podkreślają, że obcięcie 10 proc. etatów w administracji byłoby ogromną operacją. Na rynku pracy pojawiłoby się dodatkowe 12 tys. osób. Ale nawet
PiS popiera plan rządu.
-Kryzys może być dobrym czasem na racjonalizację zatrudnienia w administracji - mówi nam poseł Mariusz Błaszczak, dziś rzecznik klubu PiS. Jako były szef kancelarii premiera Jarosława Kaczyńskiego wie, o czym mówi: - W wielu resortach stanowiska się dublują. Sami przymierzaliśmy się do redukcji, ale nie zdążyliśmy.