- Mówili o nas "cudaki", "brudasy". I tak nas traktowali. Myśleli, że mogą, bo o takich nikt się nie upomni - mówił wczoraj po wyroku Piotr Rachwalski, działacz na rzecz kultury alternatywnej,
punk i były squater (mieszkaniec opuszczonych domów).
Wraz z Agatą Ferenc w warszawskiej siedzibie Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka - która pomagała im przed Trybunałem w Strasburgu - opowiadali wydarzenia sprzed 12 lat. Wczoraj Trybunał uznał je za naruszenie zakazu okrutnego i poniżającego traktowania i złamanie miru domowego.
14 czerwca 1997 r., o godz. 4 rano do opuszczonego domu na ul. Reja 69 we Wrocławiu zapukał
policyjny patrol. Policjanci zażądali widzenia z właścicielem zaparkowanego przed nim samochodu, który nie był zamknięty na zamek. Ich zdaniem groziło to kradzieżą i należało samochód zabezpieczyć.
- Powiedziałem, że w tej chwili nie jestem w stanie ustalić właściciela. Więc jeśli nie mają nakazu prokuratorskiego, to proszę o opuszczenie terenu i przyjście, zgodnie z przepisami, po godzinie szóstej - opowiada Piotr Rachwalski. - Wtedy policjant przyciął mi rękę furtką i dostałem pałką. Natychmiast pojawiły się dwa
samochody policjantów. Grozili bronią.
W domu nocowało kilkanaście osób. - Kazano im wyjść tak, jak spali, czasem nie do końca ubranym - mówi Rachwalski. - Ustawili pod ścianami z rękami do góry. Wyśmiewali się, obrażali dziewczyny. Jednego chłopaka zaciągnęli za samochód i katowali. Do dziewczyny, która krzyczała z okna, "widzę, co robicie i będę świadczyć", policjant wycelował z pistoletu, mówiąc, że nic nie powie. Zrobili nam regularną ścieżkę zdrowia. W domu nie znaleźli nic, co uzasadniałoby interwencję. Więc zatrzymali kolegę pod zarzutem stawiania oporu i utrudniania czynności funkcjonariuszy.
- Mieszkaliśmy w tym domu za zgodą właściciela - dodaje Agata Ferenc. - To była grupa przyjaciół, głównie studentów, zajmujących się niezależną kulturą: organizowaliśmy tam koncerty, wystawy, przedstawienia teatralne. Także dla okolicznych mieszkańców. Nie było na nas skarg, ale wyglądaliśmy dziwnie: z dredami, kolczykami, co może nie wszystkim się podobało. A szczególnie policji. Poprzedniego dnia wieczorem był u nas punkowy koncert, po którym zostało spać kilkanaście osób. Można chyba u siebie gościć przyjaciół? Ale policjanci wyraźnie szukali pretekstu, żeby nas rozgonić. I wymyślili ten z samochodem.
Squatersi postanowili walczyć o swoje prawa. Złożyli skargę do komendanta policji i doniesienie do prokuratury o wtargnięciu i pobiciu.
- Okazało się, że w Polsce nie działają procedury, które umożliwiają dojście sprawiedliwości - opowiada Rachwalski. - Podczas okazania, gdzie mieliśmy rozpoznać policjantów, którzy nas bili, ich koledzy robili gest podrzynania gardła: że tak skończymy, jak kogoś rozpoznamy. A pani prokurator odwracała głowę, udając, że nie widzi. Ta pani na co dzień z policjantami współpracowała, to byli jej koledzy z pracy, więc nie była zainteresowana ich ściganiem. Za to nas traktowano jak podludzi.
Ostatecznie postępowanie umorzono, a odwołanie nic nie dało. W 2000 r., kiedy squatersi, jako Stowarzyszenie Reanimacji Kultury Alternatywnej starali się o lokal od miasta na działania kulturalne, policja wystawiła im opinię, w której tak opisała tamte wydarzenia: "Jak ustalono, w budynku przebywało 150 osób, które obchodziły tam urodziny Adolfa Hitlera".
Sprawa trafiła w 1998 r. do Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu, gdzie czekała na osądzenie 10 lat. - Trybunał orzekł, że działania policji były nieuzasadnione i nieproporcjonalne. Jeśli celem było zabezpieczenie samochodu przed kradzieżą, to było wiele mniej drastycznych środków, aby to osiągnąć - relacjonował wyrok Trybunału Maciej Bernat z Fundacji Helsińskiej. - Trybunał podkreślił, że zaatakowani mieszkańcy squatu nie byli agresywni ani uciążliwi dla otoczenia, więc nie było powodu naruszać ich miru domowego. Nie stawiali też oporu. A zostali pobici i poniżeni.
- Trybunał przypomniał też, że na państwie spoczywa obowiązek drobiazgowego wyjaśnienia każdego przypadku, w którym zachodzi podejrzenie nadużycia siły przez policję - dodała Barbara Grabowska z Fundacji. - Tego obowiązku Polska nie dopełniła. Do Fundacji trafia sporo spraw, które świadczą o tym, że kontrola przypadków nadużywania siły przez policję jest iluzoryczna.
Trybunał zasądził na rzecz każdego ze skarżących zadośćuczynienie w wysokości 2 tys. euro.