Nagle nad moją głową coś huknęło. Huk zamienił się w potężny świst. - Lawina - pomyślałem, ale po sekundzie dotarło do mnie, że w miejscu, gdzie jestem, lawina nie za bardzo ma jak zejść.
To był sokół wędrowny goniący gołębia. Pikując, potrafi lecieć z prędkością 360 km na godzinę, co sprawia, że jest najszybszym stworzeniem na naszej planecie.
Ale nie mogłem podziwiać jego wyczynów. Leżałem nieruchomo w trawie z zasmarkaną chusteczką. Przede mną z nory wyglądał świstak. Wysunął tylko głowę i tak od kilkunastu minut gapił się na mnie.
- Kiedy wreszcie wyjdziesz, mały? - pytałem go w myślach.
Świstak zastygł w bezruchu, nawet nie mrugał, jakby chciał mi powiedzieć: - Kiedy w końcu sobie pójdziesz, duży?
Zaplątany w kosówkę Żeby dojść pod norę tego świstaka, musiałem zejść ze szlaku (za zgodą dyrekcji Tatrzańskiego Parku Narodowego) i przez godzinę przedzierać się przez kosodrzewinę.
Plask, plask - gałęzie biły mnie po twarzy przy każdej próbie odgięcia. Od żywicy ręce lepiły mi się jak posmarowane klejem. By przejść jeden krok w tej plątaninie, trzeba wysoko unosić nogi, by nadepnąć na gałęzie, które często są kilkadziesiąt centymetrów nad ziemią. Gdy próbuje się je nadepnąć, plączemy się w inne gałęzie. Kolejne zaczepiają o plecak ze statywem do aparatu. No i człowiek nic nie widzi poza morzem zielonych igieł.
Najchętniej nie pakowałbym się w kosodrzewinę, lecz podglądałbym świstaki przy czarnym szlaku na Świnicę. Usiadłbym sobie na kamieniu, rozłożył statyw, ustawił aparat, wyciągnął termos i batonika i wyprężył się w kierunku słońca. Czekając na zwierzątka, na pewno bym się trochę opalił.
Co więcej - świstaki znad czarnego szlaku przyzwyczaiły się już do turystów i są mniej płochliwe od tych żyjących z dala od ludzi. Byłoby łatwiej zrobić im zdjęcie. Obyłoby się bez leżenia w trawie i kichania.
Niestety, pod koniec maja, gdy przyjechałem w Tatry, śnieg wciąż jeszcze leżał powyżej Hali Gąsienicowej. A większość kolonii świstaków w Tatrach znajduje się dość wysoko, powyżej 1500 m nad poziomem morza. Łażenie późną wiosną po śniegu mokrym od słońca - takim, w którym człowiek brnie po kolana albo wpada w płynące pod nim strumienie - nie dość, że jest niebezpieczne, to na pewno okropniejsze niż przedzieranie się przez kosodrzewinę.
Zbawieniem była ścieżka wydeptana przez jelenie i niedźwiedzie. Wydawała się szeroka i wygodna jak droga w Dolinie Chochołowskiej. Niestety, radość nie trwała długo - ścieżka nagle skręcała w innym kierunku, niż mi pasowało. I znowu musiałem wejść w kosówkę. Plask, plask.
Jedynym pocieszeniem było to, że raz przed nosem furgnął mi piękny czarny cietrzew z czerwonymi jak korale brwiami.
Emigranci z Ameryki Żeby wyjaśnić, skąd się wzięły w Tatrach świstaki, musimy się cofnąć o parę milionów lat.
Może mi nie uwierzycie, ale świstak to wiewiórka, a dokładnie należy do rodziny wiewiórkowatych. W przeciwieństwie do górali, którzy z Tatr wyjeżdżali za chlebem do Ameryki Północnej, świstaki, a raczej ich przodkowie przywędrowali tu przed milionami lat z terenów, gdzie dziś są
Stany Zjednoczone. Najstarsze szczątki praświstaków z Eurazji liczą ok. 2 mln lat, a te z Ameryki - aż 9 mln.
Świstaczy emigranci przedostali się do nas przez Cieśninę Beringa, wtedy zamarzniętą.
Azja i Europa musiały im się wydać ziemią obiecaną - cudowny chłodny klimat, stepy, trawy...
Niektóre z praświstaków zostały w Azji bobakami, inne - które dotarły aż do Europy - naszymi górskimi świstakami.
Niestety, 10 tys. lat temu przyszło ocieplenie, stepy zamieniły się w lasy, wyrosły drzewa. Takie zmiany być może odpowiadały wiewiórkom, ale świstaki uciekły w góry - w Alpy i Tatry. Do dziś mieszkają tam, gdzie jest tak chłodno, że las nie dociera.