http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Bartoszewski: Politycy, zostawcie nasze Powstanie w spokoju

Rozmawiał Marcin Wojciechowski
2009-07-27, ostatnia aktualizacja 2009-07-27 12:47

Od kilku lat patrzę ze zdziwieniem, że gorący entuzjaści i twórcy projektu Muzeum Powstania Warszawskiego są funkcjonariuszami politycznymi PiS. Część z nich zresztą już niczego nie udaje - mówi prof. Władysław Bartoszewski*

Hanna Gronkiewicz-Waltz i Władysław Bartoszewski podczas ubiegłorocznych obchodów rocznicy Powstania Warszawskiego
Fot. Robert Kowalewski / AG
Hanna Gronkiewicz-Waltz i Władysław Bartoszewski podczas ubiegłorocznych...

Co o tym sądzisz? Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Marcin Wojciechowski: Powstanie Warszawskie było ostatnio znowu wykorzystywane do gier politycznych. Co z tym zrobić?

Władysław Bartoszewski: Jestem już stary, a ten problem był w zasadzie stałym elementem mojej biografii, więc odniosę się do pytania w perspektywie historycznej.

Dla mieszkańców Warszawy Powstanie miało zawsze inną konotację psychologiczną niż dla mieszkańców Lublina, Częstochowy czy Poznania. Zaraz po wojnie staraliśmy się przede wszystkim pochować zabitych, odnaleźć szczątki, zidentyfikować je, ustalić, gdzie kto zginął. Ten okres można nazwać fazą "cmentarza". Trwało to dwa-trzy lata. Pochowanie powstańców było możliwe, bo w Polsce nie panował jeszcze stalinizm. Działały inne partie niż komunistyczna PPR, były pewne swobody, nie prześladowano tak Kościoła jak po 1949 r.

W pierwszych latach po wojnie spotykaliśmy się co roku na Powązkach 1 sierpnia, tak jak się przychodzi na emocjonalne, ważne spotkanie rodzinne. To było dla nas oczywiste, nie zbudowaliśmy sobie jeszcze nowego życia. Byliśmy pokoleniem byłych żołnierzy, wciąż żyliśmy Powstaniem.

Czy gazety pisały wówczas o Powstaniu?

- To byłby ciekawy temat pracy magisterskiej. Z reguły przy okazji rocznicy wybuchu Powstania pojawiały się jakieś odniesienia. Jeśli nie polityczno-historyczne, to przynajmniej wspomnieniowe, na zasadzie "dzielny lud Warszawy" i "fałszywa polityka dowódców". Był pewien margines wolności i uczciwości w tych artykułach.

To się zmieniło wraz z nadejściem stalinizmu. Powstanie stało się obok Katynia tematem tabu. Nie mówiło się o tym, nie pisało, nie wydawało się książek, a napisane musiały poczekać do 1956 r.

Na czym polegał tu przełom Października '56?

- Znakomite ówczesne pismo "Po prostu" wydrukowało artykuł pod znamiennym tytułem "Na spotkanie ludziom z AK". Młodzi komuniści i ideowi socjaliści związani z redakcją - niekoniecznie partyjni - uznali, że potrzebny jest gest wobec środowiska byłych AK-owców, naprawa krzywd moralnych wyrządzonych im w stalinizmie, bo wiele osób aresztowano, siedziały po kilka lat, niektórzy stracili życie. Sam przesiedziałem sześć i pół roku.

Tekst w "Po prostu" miał wpływ na obchody. Myśmy nadal się spotykali 1 sierpnia przy pomniku Gloria Victis na Powązkach. Ale nie fotografowali nas już zza krzaków ubecy, żeby infiltrować środowisko byłych AK-owców. Mogliśmy odśpiewać jakieś pieśni, powspominać, popłakać. Mieliśmy po 30 parę lat.

A w latach 60.?

- Doszło do pierwszej próby politycznego wykorzystania pamięci o Powstaniu. Podjęli się jej moczarowcy [ludzie związani z partyjną frakcją tzw. partyzantów, zgrupowani wokół szefa MSW Mieczysława Moczara]. Wykorzystali komunistyczną organizację kombatancką Związek Bojowników o Wolność i Demokrację do szukania porozumienia z częścią AK-owców.

Brał pan w tym udział?

- Nie. My, którzy nie chcieliśmy się bawić w takie alianse, chodziliśmy na Powązki wcześniej, przed oficjalnymi uroczystościami. Zapalaliśmy lampki, składaliśmy kwiaty. Chodziliśmy na groby przyjaciół, ale także na zapomniane mogiły powstańców, którym w latach 60. i wcześniej umarli rodzice. A pamiętajmy, że to właśnie ci rodzice, którzy potracili 20-letnie dzieci, najwytrwalej kultywowali pamięć Powstania.

Gdy już odeszliśmy od grobów, przychodziła kompania honorowa. Oficjalnej delegacji przewodniczył ktoś ze ZBoWiD-u, czasem składano wieniec od Rady Państwa. W przemówieniach mówiono oględnie o "bohaterach walki z faszyzmem", którzy padli w "słusznej sprawie w trudnej sytuacji politycznej".

Po 1956 r. został pan dziennikarzem "Tygodnika Powszechnego", opublikował pan kilkadziesiąt artykułów o Powstaniu.

- Działo się to przy pełnym poparciu redakcji i późniejszego metropolity krakowskiego Karola Wojtyły. Od 1961 r. miałem w kieszeni legitymację dziennikarską "Tygodnika Powszechnego". Trochę więcej i prawdziwiej można było napisać jeszcze w peryferyjnych politycznie pismach, jak "Mówią wieki" czy "Nowe Książki". W latach 60. odeszli główni dowódcy, jak Bór-Komorowski, których władza komunistyczna mogła uznać za przeciwników. Zostali młodzi dowódcy i żołnierze, więc coraz chętniej władza przymykała oko na cichą, obywatelską pamięć o Powstaniu.

Przełomem był chyba rok 1980 i powstanie "Solidarności"?

- W 1981 r. Zbigniew Bujak, szef regionu Mazowsze, poprosił mnie, żebym napisał ulotkę o Powstaniu, którą teraz włączyłem do swojej najnowszej książki. Ukazała się anonimowo, rozdawano ją przed kościołami i uczelniami w największych miastach Polski.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 120 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    48 głosów