O otwarciu fast foodu w izolowanej od wpływów zewnętrznych Korei Północnej poinformował ukazujący się w Tokio
dziennik "Choson Sinbo", gazeta skierowana do Koreańczyków przebywających za granicą. Jej zdaniem w najbliższych miesiącach do obecnego menu w Samtaesong mają dojść także hot dogi (choć nie pod tą nazwą) i rogaliki.
Fast food w Pjongjangu wygląda jak inne takie jadłodajnie na świecie. Powstał przy współpracy z firmą z Singapuru, która dostarczyła sprzęt i wyszkoliła personel. Koreańskie są produkty i pracownicy. Przypominająca zwykłego hamburgera kanapka kosztuje aż 1,2 euro, czyli ponad połowę tutejszego dziennego zarobku. Przypuszczalnie więc klientami fast foodu będą cudzoziemcy, dyplomaci i nieliczni turyści.
To nie koniec kulinarnej rewolucji w Korei Północnej - w marcu media informowały, że przywódca kraju Kim Dżong Il, znany smakosz, nakazał otwarcie w kraju restauracji włoskiej.
Komunistyczny reżim od lat boryka się z chronicznym niedoborem żywności. Szacuje się, że z powodu klęski głodu pod koniec lat 90 XX w. zginęło milion osób. Mimo to władze robią wszystko, by kraj izolować od świata. Do 2002 r. reżim zabraniał np. używania telefonów komórkowych. Dziś to już legalne, choć to dobro limitowane i korzystają z niego głównie oficjele i biznesmeni. W Pjongjangu działa od niedawna kilka kawiarni internetowych. Trudno na nie trafić, bo ukryte są pod nazwą "skład technologii informatycznej", a władze nie pozwalają ich fotografować. Na zdjęciu wykonanym komórką w 2005 r. widać rzędy komputerów starego typu sprowadzanych z Chin. Można na nich grać w
gry komputerowe i wysyłać maile - ale tylko w obrębie Korei Północnej. W kawiarniach wysiadują dzieci miejscowych bogaczy, bo kurs komputerowy kosztuje 30 tys. wonów - równowartość dziesięciomiesięcznego zarobku robotnika.
Za to przywódca jednego z najbiedniejszych krajów świata Kim Dżong Il i jego bliscy pławią się w luksusie. Austriacka prokuratura ujawniła wczoraj, że wraz z włoskim rządem udaremniła próbę sprowadzenia do Korei Północnej kilku luksusowych jachtów po kilka milionów euro każdy, siedmiu mercedesów i kosztownych instrumentów muzycznych.
Przemytniczą siatką kierował obywatel Austrii, który zamówił
jachty w jednej ze znanych włoskich firm. Następnie odstąpił kontrakt na nie firmie z Chin, ta z kolei opłaciła inną firmę z Hongkongu, która miała odebrać zamówienie. Łańcuszek ostatecznie prowadził do Pjongjangu - jedną z zatrzymanych przez Austriaków osób jest obywatel Korei Północnej.