Prof. Roman Kuźniar na łamach "Gazety" nie zostawił na nim suchej nitki. Widzi w nim panikę, zawiedzioną miłość, kompleks sieroty, a ocenę sytuacji w samym regionie uważa za na tyle nietrafną, że budzi to wręcz jego zakłopotanie.
Ten ostatni zarzut, zważywszy osoby autorów, jest więcej niż brawurowy. Ma do sygnatariuszy pretensje, że nie krytykowali poprzedniej administracji. Dlaczego nie krytykowali, to dziś nieważne: albo się z nią zgadzali, albo ze względu na swą pozycję unikali krytyki, albo zabrakło im odwagi. Liczy się przyszłość. Dziś jest im zręczniej otwarcie się wypowiadać. Czy nie jest to wielki walor aktywności byłych liderów?
Nie widzę w liście ani serwilizmu, ani megalomanii. Widzę natomiast trzeźwą ocenę rzeczywistości, której postrzeganie przez nas nie zawsze pokrywa się ze spojrzeniem z Waszyngtonu, co jest zrozumiałe. A podstawowe fakty są takie:
1. Nadzieje na poprawę stosunków z Rosją, może naiwne od początku, nie spełniły się; 2. NATO wydaje się dziś słabsze niż wtedy, gdy kraje naszego regionu do Sojuszu wstępowały; 3. W sprawach energii każdy, ku zadowoleniu Moskwy, ciągnie w swoją stronę.
Autorzy listu obawiają się, by w nowym rozdaniu z Ameryką Kreml nie grał znaczonymi kartami kosztem naszego regionu. Przy całym szacunku dla prof. Kuźniara, gdy chodzi o ocenę polityki Rosji, polegam bardziej na doświadczeniu w tym względzie Aleksandra Kwaśniewskiego i Adama Rotfelda.
Putin, dla którego rozpad ZSRR to "największa geopolityczna katastrofa stulecia", widzi w sobie współczesnego Romanowa odbudowującego prestiż i siłę Rosji. Ropa i gaz to narzędzia tej restauracji, choć Kreml nie rezygnuje z głowic nuklearnych.
Rewizjonistyczny nacjonalizm Rosji zagraża nie tylko demokratycznym reformom na wschodnich obrzeżach Europy, ale także spójności Sojuszu Północnoatlantyckiego. Konflikt w Gruzji pokazał, jak ważna jest stanowczość i jedność Europy, zwłaszcza połączone ze wsparciem
USA.
Z milczenia Waszyngtonu w obliczu masakry Czeczenii nie wynika, że trzeba być konsekwentnym i nadal przymykać oczy na brutalny imperializm.
W sprawie tarczy autorzy listu nie opowiadają się za konkretnym rozwiązaniem, a odnotowując rozmaitość opinii w regionie postulują jedynie, by decyzji nie podejmować pod dyktando Moskwy. Nie jest to koncert życzeń, ale rzeczowy głos nawołujący także do przejęcia przez Europę większego ciężaru i odpowiedzialności za wspólne bezpieczeństwo. Wskazuje na naturalne sprzeczności wymogów realizmu z jednej strony i szacunku dla pryncypiów i wartości demokracji z drugiej.
Autorzy listu przypominają, że Europa Środkowa i Wschodnia to strefa interesu strategicznego, a nie zbiór egzotycznych krajów, i że polityka w tym regionie wynikać powinna nie tylko z doraźnych interesów, ale także z solidarności: obrony praw krajów do bezpieczeństwa, wolności i demokratycznych wartości - aspiracji, za którymi
Ameryka tradycyjnie stała. W takim stopniu, w jakim działania Rosji negują te prawa, zarówno USA, jak i cała Europa muszą zrozumieć, że stają w obliczu autorytarnego wyzwania wobec zachodniej demokracji.
Wątpliwości budzić może formuła listu otwartego. Stosuje się ją zwykle, gdy trudno o kontakt z adresatem lub gdy jest on wobec autorów wrogo nastawiony. Żaden z tych scenariuszy nie wchodzi tu w grę, stąd pytanie, czy jest to najbardziej efektywny sposób przekazu. Wytłumaczenie, jakie znajduję, jest takie, że w intencji sygnatariuszy odbiorcą listu miał być nie tylko
Barack Obama, ale rządy krajów regionu oraz Berlin, Paryż, Londyn, Rzym, Bruksela, a także Moskwa.
* Andrzej Lubowski jest ekonomistą i publicystą, mieszka w Kalifornii