
Miłada Jędrysik: Ile miejsc na listach wyborczych w pani partii zarezerwowanych jest dla kobiet? Nalin Pekgul, przewodnicząca grupy kobiet Szwedzkiej Socjaldemokratycznej Partii Robotniczej: Mamy parytet: 50 proc. dla kobiet i 50 proc. dla mężczyzn.
Od kiedy? - Od 1993 r.
Czy nakazuje to jakaś ustawa? - Nie. To wewnętrzna decyzja partii podjęta na kongresie. W pewnym momencie padła propozycja wprowadzenia ustawowo systemu kwotowego, ale partie nie zdecydowały się na to. Inne ugrupowania poszły po prostu w nasze ślady.
Ale tylko lewicowe, choć w partiach prawicowych jest dziś również dużo kobiet. Jak to się stało, że Szwecja jest dziś jednym z krajów o największej liczbie kobiet w parlamencie - w obecnej kadencji 47 proc.? - Oczywiście wymagało to czasu. W naszej partii działa Federacja Kobiet, której dzisiaj jestem przewodniczącą. Przez lata walczyła ona o to, żeby w wewnętrznych partyjnych ciałach i na listach wyborczych było więcej kobiet. Do tego doszła presja zewnętrzna. W 1993 r. kobiety z lewicy, feministki zagroziły, że jeśli socjaldemokracja nie otworzy się na kobiety, założą własną partię. Sondaże pokazały, że Szwedzi byliby skłonni głosować na takie kobiece ugrupowanie.
Czy jest różnica między uprawianiem polityki przez kobiety i mężczyzn? - Nie wierzę w to. Problem polega na tym, że nawet w parlamencie przez lata tak się działo, że kobiety zajmowały się "miękką polityką" - kwestiami socjalnymi, edukacyjnymi itp., natomiast "twarda polityka" - obronność, polityka zagraniczna - pozostawała w kompetencji mężczyzn. Ale i to zmieniliśmy. Gdy nasza partia rządzi, to jeśli premier jest mężczyzną, ministrem spraw zagranicznych musi być kobieta i odwrotnie.
A czy szwedzka polityka się zmieniła, gdy coraz więcej kobiet zaczęło się nią parać? - To przede wszystkim kwestia demokracji. Kobiety stanowią połowę populacji, więc powinny mieć odpowiednią reprezentację polityczną. Ale od kiedy zaczęły się liczyć w polityce, udało im się zmienić wiele w kwestiach ich bezpośrednio dotyczących, jak urlopy macierzyńskie i ojcowskie, opieka nad dziećmi - umożliwienie kobiecie pogodzenia pracy na pełny etat z posiadaniem dzieci.
Ale wciąż w Szwecji kobiety zarabiają mniej niż mężczyźni, rzadziej też zajmują kierownicze stanowiska w firmach prywatnych. - Gdyby problem już nie istniał, to rozwiązałybyśmy naszą federację kobiet. Wciąż musimy walczyć o należne nam miejsce. Kobiety przerywają pracę, by rodzić dzieci, potem często wracają do pracy na pół etatu. Choć główną część urlopu rodzicielskiego może wziąć matka lub ojciec, w 80 proc. biorą ją kobiety. Dlatego są dyskryminowane na rynku pracy, bo pracodawcy wiedzą, że będą znikały na długo. Socjaldemokracja opowiada się więc za urlopem rodzicielskim podzielonym po połowie między oboje rodziców, aby "ryzyko" zatrudnienia kobiety i mężczyzny było takie same.
Wokół tej propozycji toczy się akurat w Szwecji dyskusja i takie rozwiązanie raczej nie znajdzie zwolenników. Na pewno nie uchwali go obecny centroprawicowy rząd. - Nawet w naszej partii nie wszyscy są za tym. Na przykład nasz poprzedni przewodniczący, Göran Persson, był temu przeciwny.
Z krajów skandynawskich najdalej w dekretowaniu równości płci poszła Norwegia, która nawet zarządom i radom nadzorczym prywatnych spółek narzuca wymóg, że co najmniej 40 proc. muszą w nich stanowić kobiety. Czy uważa pani, że to dobry pomysł? - Chcieliśmy to rozwiązanie wprowadzić w Szwecji, ale straciliśmy władzę. Jeśli ją odzyskamy, doprowadzimy do tego.
Ale czy państwo ma prawo narzucać prywatnym firmom takie rozwiązania? Przedsiębiorca powinien móc zatrudniać na stanowiskach decyzyjnych, kogo chce.