- Wypełniam dziś historyczny obowiązek - mówił w Sztokholmie szef islandzkiej dyplomacji Oessur Skarphedinsson. Po chwili wręczył oficjalny wniosek o przyjęcie jego kraju do Unii szwedzkiemu ministrowi spraw zagranicznych Carlowi Bildtowi. Ceremonia odbywa się w Szwecji, bo ten kraj w tym półroczu przewodzi UE.
Złożenie wniosku to ostatnia konieczna formalność. W zeszłym tygodniu zgodę na rozpoczęcie negocjacji o członkowskich wyraził islandzki parlament, a w zeszły piątek islandzki rząd nieoficjalne poinformował o tym komisje prezydencką i unijną prezydencję.
Islandia, która do tej pory w ogóle nie paliła się do członkostwa w UE, w tym roku zmieniła w tej sprawie zdanie. Powodem był światowy kryzys, który doprowadził kraj i jego system bankowy niemal do bankructwa. Islandzcy politycy liczą, że wejście Unii i przyjęcie do euro przyspieszy odbudowanie gospodarki.
Bildt ocenił, że negocjacje z Islandią potrwają maksymalnie 3,5 roku. Sami Islandczycy chcieliby być członkami wspólnoty już w 2012. Gdy po raz pierwszy padło hasło o integracji Islandii z UE wydawało się, że kraj, który od lat jest członkiem Europejskiej Przestrzeni Gospodarczej oraz należy do strefy Schengen wejdzie do wspólnoty prawie z automatu. Teraz okazało się jednak, że niektóre kraje UE będą rzucać wyspiarzom kłody pod nogi.
Główne problemy to polityka rybołówstwa (UE będzie chciała ograniczyć połowy wokół Islandii i zakazać polowań na wieloryby), a także potworny
deficyt budżetowy.
Wielka Brytania i
Holandia mają tez Islandii za złe, że ta zamroziła konta ich obywateli w islandzkich bankach.
Ostatecznie zgodę na wejście Islandii do Unii muszą wyrazić obywatele w referendum.