Ośmiu talibów przebranych w kobiece zakrywające całe ciało szaty (burki) zaatakowało we wtorek państwowe urzędy i wojenną bazę w Gardez w prowincji Paktia i Dżelalabadzie, stolicy prowincji Nangarhar. Wszyscy napastnicy zostali zastrzeleni, zanim udało im się przedrzeć do głównych bram. Kilku udało się jednak odpalić ładunki wybuchowe, którymi byli objuczeni. W eksplozjach zginęło co najmniej sześciu afgańskich wartowników.
W podobny sposób, łącząc samobójcze ataki bombowe z partyzantką miejską, talibowie atakowali już w tym roku w Nuristanie, Paktice, Kandaharze, a nawet w afgańskiej stolicy Kabulu. Najkrwawszy okazał się majowy atak na miasto Chost, gdzie wspierani przez zamachowców partyzanci stoczyli kilkugodzinną, uliczną bitwę z żołnierzami afgańskimi i amerykańskimi. Zginęło wtedy ponad 20 osób.
Ostatnio jednak zachodni żołnierze w Afganistanie giną niemal wyłącznie na minach i bombach podkładanych przez talibów na drogach. We wtorek zginął w ten sposób kolejny Brytyjczyk, w poniedziałek - czterech Amerykanów i Brytyjczyk. Wszyscy w południowej prowincji Helmand, gdzie od początku lipca amerykańskie i brytyjskie wojska prowadzą dwie wielkie operacje przeciwko talibom. W ciągu niespełna trzech tygodni w Helmandzie zginęło co najmniej 30 Amerykanów i 18 Brytyjczyków.
Jedynie w zeszłym tygodniu w szpitalu polowym w brytyjskiej bazie wojennej Camp Bastion w Helmandzie przyjętych zostało 157 rannych żołnierzy (w czerwcu rannych było tylko 47, w maju - 24, a w kwietniu - 11). Łącznie w lipcu zginęło w Afganistanie prawie 60 zachodnich żołnierzy. Zachodnie wojska straciły też w lipcu dwa samoloty i cztery śmigłowce, z których przynajmniej jeden został zestrzelony przez talibów. W lipcu talibowie wzięli też do niewoli pierwszego amerykańskiego żołnierza.
Źródło: Gazeta Wyborcza