Wzdłuż ogrodzenia wokół ambasady wyrosło miasteczko foliowych namiotów. Wokół zgrzewki z wodą, bułki w folii, słoiki i konserwy. Prowiant donoszą warszawiacy, wodę dał wojewoda. A ratusz ustawił toi-toia.
- Oszukała nas po połowie chińska i polska firma. Nie dostaliśmy pieniędzy za dwa miesiące na budowie. Nie mamy za co wrócić - skarżą się Chińczycy.
Wczoraj koczowało 46 mężczyzn. Jeden był w szpitalu, bo w piątek podczas głośnego protestu przed bramą ambasady potrącił go
samochód.
Pochodzą ze wschodnich Chin. Zwerbowała ich firma z Szanghaju, która załatwiła im polskie wizy. Mieli pracować miesięcznie 250 godzin. Tak jak w Chinach, tyle że kusił zarobek - ok. 700 euro (przynajmniej cztery razy więcej, niż mogliby wyciągnąć w kraju) i roczny kontrakt z możliwością przedłużenia.
Mówią, że każdy wpłacił firmie za werbunek po kilkanaście tysięcy dolarów. Na ich wyjazd składała się rodzina. Przylecieli na początku marca. Z lotniska autokar zabrał ich do hotelu robotniczego w Ursusie, skąd byli dowożeni na budowę wielkiego dewelopera J.W. Construction. Zarządzała nimi wykonująca tam część prac warszawska firma V-Agra.
Robotnicy mówią, że dostali zapłatę za dwa pierwsze miesiące. Ale za maj i czerwiec już nie. Pod koniec czerwca rozpoczęli bunt - nie poszli do pracy. Na początku lipca dostali zawiadomienie podpisane przez prezes V-Agry Annę Chilkiewicz, że z powodu nielegalnego strajku do 12 lipca muszą opuścić hotel. 13 lipca zjawili się pod ambasadą.
- Chcemy po prawie 15 tysięcy juanów - mówią Chińczycy. W ich ojczyźnie to dwie trzecie ceny taniego auta krajowej marki albo pięć-sześć japońskich motocykli, np. honda albo yamaha.
Inaczej historię Chińczyków opisuje prezes V-Agry Anna Chilkiewicz: - Robotnicy są zatrudnieni przez chińską firmę, z którą V-Agra ma umowę na wspólny projekt budowlany i tyle - wyjaśnia prezes. - Oni dostają wynagrodzenia od Chińczyków, którym my płacimy. Były z nimi problemy - pracowali zbyt wolno, nieprofesjonalnie, niechlujnie. Prace są niedokończone, część nieodebrana przez nadzór. Dlatego przestałam zatrudniającej ich firmie płacić. Nadal jednak muszę płacić za ich hotel. I jeszcze obciążono mnie fakturą za kołdry i poduszki, które mieli wynieść z hotelu pod ambasadę.
Prezes Chilkiewicz przyznaje, że podpisała dokument nakazujący wyprowadzkę robotników z hotelu, ale później je anulowała. Większość Chińczyków zdecydowała się jednak odejść.
Jej zdaniem negocjacje z Chińczykami skończą się za dwa-trzy dni. - Myślę, że jakoś się porozumiemy - dodaje.
Ambasada Chin nie zamierza kupować koczującym biletów powrotnych. W jej biurze prasowym zapewniają, że jednak pomagali skłonić chińską firmę do negocjowania w Polsce z robotnikami i V-Agrą.
Radosław Pyffel, socjolog i znawca Chin z prywatnego Centrum Studiów Polska-
Azja, podkreśla, że w relacjach z chińskimi pracownikami łatwo o nieporozumienie. - To ze względu na różnice kultury, stylu pracy, mentalności. Brakujących rąk do pracy lepiej chyba szukać na Ukrainie, wtedy jest mniej kłopotów - mówi.
Kłopoty z zatrudnieniem w Polsce dostrzegły ostatnio władze Chin. Po niedawnym napadzie na hotel chińskich robotników w Solcu Kujawskim w internecie ukazał się komunikat chińskiego rządu ostrzegający rodaków przed wyjazdami do pracy w m.in. naszym kraju.