http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Najgorsze, że cały świat uwierzył w ich kłamstwa

Dawid Warszawski, Kigali w Ruandzie
2009-07-21, ostatnia aktualizacja 2009-07-20 16:54

15 lat po masakrach w Ruandzie słyszę w Kigali: - Hutu to naród dobry, ale głupi, bez mądrych przywódców nie damy rady. Tutsi inaczej, oni wszyscy kombinują, planują, główkują. Porozsadzali swoich przy pieniądzach, przy władzy, przy zagranicy, żeby wszystkiego pilnowali tak, żeby na ich wyszło

Gigantyczny napis
Fot. THOMAS RIPPE AP
Gigantyczny napis "Nadzieja" w językach: angielskim, francuskim i kinyaruanda...
"Mamy znajomych Hutu, kolegów z pracy, sąsiadów. Spotykamy się w domach, chodzimy do knajpy na piwo, normalnie". Słyszałem to stale z ust moich ruandyjskich rozmówców Tutsi.

Na zdrowy rozum nie może być inaczej: przed ludobójstwem Hutu stanowili 85 proc. ludności 10-mln kraju. Gdy wiosną 1994 r. hutyjscy ekstremiści wspierani przez armię, żandarmerię i zwykłych ludzi wymordowali od 800 tys. do ponad 1 mln Tutsi, ta proporcja musiała jeszcze wzrosnąć. Danych brak, bo prowadzenie spisów etnicznych jest dziś w Ruandzie zabronione, a media starają się nie mówić o tym, kto jest Hutu, a kto Tutsi. Zakazuje tego i sroga ustawa "O dzieleniu ludzi", i pamięć o niedawno przelanym oceanie krwi.

Wprawdzie po zwycięstwie zdominowanej przez Tutsich partyzantki RPF 2 mln Hutu przerażonych możliwym odwetem uciekło do Konga, ale znakomita większość w następnych latach wróciła do kraju.

Słowem, ze statystycznej logiki wynika, że każdy Ruandyjczyk - czy to Hutu, czy Tutsi - powinien mieć niemal wyłącznie hutyjskich znajomych. Tutsi jest po prostu za mało.

Czyś ty zwariował!

Nigdy nie udało mi się tych znajomych Hutu moich rozmówców spotkać. Zawsze nie było czasu, byli zajęci, coś wypadło. Nie znam ich imion. Nie wiem, co myślą. I czy w ogóle istnieją.

27-letnia Valentine Uwitonze, która w regionie Butare monitoruje funkcjonowanie trybunałów sądzących sprawców ludobójstwa i jednocześnie studiuje na tamtejszym uniwersytecie nauki polityczne, też mówi, że ma znajomych Hutu. Valentine, Tutsi, cudem ocalała podczas rzezi. Większość jej rodziny zginęła. - Musimy żyć normalnie - mówi - przecież nie wszyscy Hutu są źli, a pojednanie jest naczelnym zadaniem narodowym.

Nie, nie ma czasu, by mi ich przedstawić. Istotnie, czasu jest mało, jestem w Butare tylko przez kilka godzin. Zaraz pojedziemy obejrzeć szczątki pomordowanych wyłożone w dawnej szkole w pobliskim Murambi. Zarąbano tam maczetami prawie 50 tys. ludzi. Valentine z przekonaniem opowiada o konieczności pojednania.

- A gdyby twój brat poślubił dziewczynę Hutu? - przerywam. Valentine milknie, jej twarz szarzeje. Kilka razy porusza ustami, jakby chciała coś powiedzieć, a nie potrafiła. A potem wybucha. - Czyś ty zwariował!? - niemal krzyczy. - Czy ty nie wiesz, co się tutaj działo? Przecież kobiety Hutu, które miały dzieci z Tutsi

Nie kończy zdania. Coś niedobrego dzieje się z jej twarzą.

Wiem. W Ruandzie etniczność dziedziczy się po ojcu, więc zdarzało się - nie wiem, jak często, ale się zdarzało - że matki Hutu zabijały swoje dzieci z mieszanych małżeństw, eby udowodnić, że są dobrymi Hutu, i żeby samemu ujść od maczety.

Valentine się uspokaja. Mówi, że na takie rzeczy jest jeszcze za wcześnie. Że może w następnym pokoleniu. No bo przecież pojednanie. Do Murambi jedziemy już w milczeniu.

Inaczej niż przed 1994 r., kiedy rząd oficjalnie głosił nacjonalizm Hutu, a potem już tylko ludobójczy ekstremizm, w Ruandzie rządzonej przez przywódcę RPF Paula Kagamego (wybranego w 2003 r. na prezydenta większością 95 proc. głosów) nie ma nacjonalizmu Tutsi. Niczego takiego nie słyszałem ani oficjalnie, ani w prywatnych rozmowach.

Pierwszym prezydentem Ruandy po obaleniu rządu ludobójców był Pasteur Bizimungu, Hutu z RPF. Dziś ministrem obrony jest też Hutu, ale danych o składzie etnicznym władz brak. I nie należy o nie dopytywać: za mniejsze grzechy dziennikarze lądowali w więzieniu.

Bizimungu został odsunięty od władzy, a następnie aresztowany za rzekomą korupcję w 2000 r. Odsiedział pięć lat i dzięki amnestii wyjechał do Belgii. W wywiadach potępia reżim za zwalczanie opozycji, zapewnia - inaczej, niż kiedy był prezydentem - że jako Hutu nie ma się czego wstydzić. I zapowiada, że Hutu wrócą jeszcze do władzy, są w końcu większością.

Jest pan Francuzem?

Ich głosu jednak w Ruandzie nie słychać. Niedobitki zbrojnych oddziałów Hutu w Kongo i ich zwolennicy we Francji i w Belgii oskarżają Kagamego o zaprowadzenie dyktatury Tutsi. Twierdzą, że żadnego ludobójstwa nie było, a raczej że były dwa - dokonywane (może) przez Hutu i dokonywane na Hutu, które pozostało bezkarne.

W Butare nie było czasu, w Kigali mi się udało. Wskazano mi byłego bojówkarza, który wrócił z Konga, odsiedział swoje, a teraz prowadzi sklepik spożywczy. Nie, nikt mnie nie przedstawi, bo by się spłoszył, ale mam wejść i zagadać po francusku.

Paryż do końca chronił sprzymierzony reżim Hutu, zaś Kagame, dziecko uchodźców Tutsi w anglojęzycznej Ugandzie, faworyzuje angielski, którym mało kto tu włada. Wybór języka jest w Ruandzie niemal deklaracją polityczną.

Wchodzę, zagaduję, chwalę francuszczyznę sklepikarza. Na nic. Nie ma czasu rozmawiać. Ale nie odpuszczę. Zachodzę do drugiego sklepiku, trzeciego, trajkoczę po francusku, bo przecież większość właścicieli powinna być Hutu. A tu nic, kompletne pudło. Wychodzę zrezygnowany.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 6 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    3 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':