http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

USA i my: coraz dalej

Marcin Bosacki, Waszyngton
2009-07-20, ostatnia aktualizacja 2009-07-20 16:21

Winston Churchill mówił: "Jakkolwiek piękna nie byłaby strategia, czasem trzeba spojrzeć na jej efekty". I te słowa przychodzą mi na myśl parę dni po liście osobistości z Europy Środkowej do Baracka Obamy - pisze Marcin Bosacki

5 kwietnia 2009 r. Barack Obama
w Pradze
Fot. Herbert Knosowski AP
5 kwietnia 2009 r. Barack Obama w Pradze
Zgadzam się prawie z wszystkimi tezami tego listu. Ale jednocześnie mam z nim ogromny kłopot.

Oczywiście, że reżim w Rosji ma charakter "rewizjonistyczny" i jest dla nas szalenie groźny. Naturalnie, że u nas rośnie pokolenie polityków, którzy nie mają już emocjonalnych związków z USA, a od Europy Zachodniej uczą się tego, co najgorsze - jak być pacyfistyczni, pasywni i, broń Boże, nie patrzeć dalej niż czubek własnego nosa (i kieszeń).

Pełna też zgoda w sprawie najważniejszej, dla której, jak myślę, powstał ten list: Ameryka zwraca na nasz region i nasze interesy dużo mniejszą uwagę niż 10 lat temu. To proces częściowo nieunikniony, ale częściowo dowodzący krótkowzroczności elit amerykańskich. Sam napisałem miesiąc temu tekst z bardzo podobnymi tezami. Nie dlatego, bym był tak bystry jak autorzy listu do Obamy, tylko dlatego, że wszyscy trzeźwo myślący środkowoeuropejczycy widzą dziś to samo.

A jednak to zupełnie co innego, gdy biją na trwogę publicyści czy eksperci, a co innego, gdy list w alarmistycznym tonie wysyłają prezydentowi USA najwybitniejsze postaci regionu. Tekst listu był oparty na świetnej analizie sześciu ekspertów z Europy Środkowej, na czele z byłymi szefami MSZ Polski i Czech Adamem Rotfeldem i Aleksandrem Vondrą. I zastanawiam się, czy w takiej formie nie powinien był pozostać.

Ci, którzy zajmują się polityką europejską i rosyjską w Waszyngtonie, i tak zwróciliby na niego uwagę. Tymczasem w kilka dni cięta analiza - po drobnych zmianach - stała się listem siedmiu byłych prezydentów, kilku byłych premierów i ministrów, w końcu - co już jest zupełnym dziwactwem - podpisał się pod nią urzędujący prezydent najważniejszego państwa regionu. Analiza ekspertów stała się aktem politycznym.

Mam poważne wątpliwości, czy trzeba było wyciągnąć tak wielką armatę. Uważam, że autorytety podpisane pod listem przestrzeliły. Dla nikogo w Waszyngtonie nie jest tajemnicą, że w sprawach Rosji i Europy - jak w wielu - w otoczeniu Obamy ścierają się różne koncepcje. Są tacy, którzy gotowi są z grubsza urządzać świat wedle forsowanej przez Rosjan koncepcji "koncertu wielkich mocarstw", przed czym słusznie przestrzegają autorzy listu.

Ale są i tacy, którzy większą wagę przywiązują do interesów Europy Środkowej i do znaczenia, jakie ma ona dla USA. Autorzy listu muszą to wiedzieć. Ale piszą tak, jakby ci pierwsi, mocno krytykowani w liście realiści już walkę w rządzie USA wygrali.

Tak chyba nie jest. Obama, Hillary Clinton i ich ludzie wysyłają i sygnały nas niepokojące, i takie, które powinny nas cieszyć. Owszem, irytujące było nadskakiwanie Clinton szefowi MSZ Rosji Ławrowowi czy to, że Obama w drodze do czy z Moskwy nie zajrzał do Warszawy albo Kijowa.

Dziwaczna jest retoryka "wspólnej odpowiedzialności za świat", traktowanie Rosji jak równego partnera do wielkich rozgrywek geostrategicznych. Dziwaczna nie dlatego, że nas to mierzi, tylko dlatego, że Rosja - w przeciwieństwie do Chin - jest mocarstwem słabnącym, a nie rosnącym.

Ale jednocześnie Obama i Clinton wiele razy mówili, że nie uznają prawa Rosji do strefy wpływów. Obama powtórzył to w Moskwie. Tuż za murami Kremla powiedział też, że Ukraina i Gruzja mają prawo do wyboru sojuszy, co Władimir Putin musiał odczuć dotkliwie. Tuż przed wizytą Obamy Rosja manifestacyjnie zrobiła wielkie manewry wojskowe na Kaukazie. Jak odpowiedziały Stany? Tak jak powinny - wspólnymi manewrami wojskowymi z Gruzją. Tuż po wizycie Obamy.

Jestem pewien, że Obama plan budowy tarczy antyrakietowej w Polsce i Czechach albo ukatrupi, albo opóźni, albo ograniczy. Ale niekoniecznie po to, by się przymilić Rosji. I prawdopodobnie spróbuje w stronę Polski wykonać w zamian jakiś gest.

Bliski administracji ekspert mówił mi niedawno: - Oni by już dawno tarczę odłożyli do lamusa, bo uważają to za głupi i kosztowny projekt Busha. Ale tak nie robią, bo nie chcą, by na drugi dzień Rosjanie ogłosili zwycięstwo.

Podczas prezentacji listu w Waszyngtonie Aleksander Vondra zapewniał, że intencją autorów nie było atakowanie ekipy Obamy, tylko zwrócenie uwagi na niepokojące procesy. Absolutnie w to wierzę.

W liście jest jasno powiedziane, że powietrze ze stosunków Ameryki z regionem zaczęło już uchodzić za Busha. I że Europa Środkowa „wita Obamę z nadzieją”. Ale list powstał w lipcu 2009 r. I są w nim bardzo mocne słowa krytyki. Np., że „wielu w USA doszło teraz do wniosku, że nasz region (...) można »odfajkować «”, że istnieje niebezpieczeństwo „utraty wiarygodności USA w całym regionie” albo że politycy z Europy Środkowej „w Waszyngtonie często mają kłopoty, by ich głosy słyszano”. Kto, jak nie Demokraci, ma dziś te słowa brać do siebie?

Nie twierdzę, że nie ma powodu do niepokoju o kierunek strategiczny rządu Obamy w sprawach, które nas interesują. Może się skończyć tak, że Demokraci dobiją wielkiego targu z Moskwą naszym kosztem. Ale tak być wcale nie musi. Dlatego, by już teraz bić na alarm, jest za wcześnie.

Można nie przejmować się tymi z ekspertów i polityków ekipy Obamy, których ten list irytuje. Bo martwią się, że list będą wykorzystywać Republikanie jako młot na Obamę, albo widzą w nim nawet spisek "polityków, których większość stała pięć lat temu za blisko Busha", ignorując fakt, że np. Wałęsie tego zarzucić nie można.

Ale trzeba się przejmować tym, że większość związanych z Demokratami specjalistów ocenia list tak jak Madeleine Albright, była szefowa dyplomacji. Czyli: "To ważny głos w dyskusji", "podzielamy wiele z waszych trosk", ale "nasze przywiązanie do Europy Środkowej jest niewzruszone", a wy powinniście mniej się skarżyć, a być silniejszymi partnerami USA i "bardziej nam pomagać". Jak słyszałem, w takim tonie zareagowała też Hillary Clinton.

Czyli mamy wysyłać więcej żołnierzy do Afganistanu czy przekonywać UE do hojniejszej pomocy dla Pakistanu. To tam Ameryka widzi dziś - w dużej mierze słusznie - główne ognisko destabilizacji świata. Dla Obamy i jego ludzi jedną z bardziej przykrych przygód pierwszego półrocza było to, że prezydent przyjechał w kwietniu do Europy prosić o pomoc w tej sprawie i prawie nic od NATO nie dostał.

My mamy inną perspektywę. Uważamy, że i tak dużo robimy w Afganistanie, gdzie powstawały w końcu plany zamachów nie na Warszawę, a na Paryż i Berlin. A tymczasem burza zbiera się na naszym wschodnim horyzoncie. Tej oceny z kolei nie podzielają Amerykanie, uważając, że przesadzamy. Percepcja zagrożeń i wyzwań geopolitycznych, 10 lat temu między Warszawą czy Pragą a Waszyngtonem całkowicie zgodna, dziś dramatycznie się rozjechała.

Jak nigdy wielkie są dziś różnice w definicji tego, czym jest Sojusz Północnoatlantycki. Dla nas jest największą nadzieją na bezpieczeństwo. Dla Amerykanów - skrzynką z narzędziami do użycia w różnych konfliktach globalnych. Dla wielu w Europie Zachodniej - starą, coraz bardziej uciążliwą zbroją.

Co z tego wynika dla Polski? Po pierwsze, powinniśmy wyciągnąć, jeśli chcemy, wnioski z uporczywie powtarzanego przez Albright zdania: "Jeśli chcecie silniejszych związków, pomóżcie". W administracji Obamy obowiązuje hasło "rozliczamy z efektów". W stosunkach międzynarodowych też. Sentymenty na bok - twoje miejsce w rankingu rośnie tylko wtedy, gdy jesteś użyteczny. W USA takie są czasy i taka ekipa.

Po drugie, zacznijmy budować inne niż tylko związki z Ameryką kotwice naszego bezpieczeństwa. Wzmacniać polskie państwo, wojsko i dyplomację. I wzmacniać solidarność europejską.

Obie rzeczy to na razie mrzonki. UE jest strategicznym karłem, a w Europie Środkowej są politycy, którzy zamiast budować, np. solidarność energetyczną wobec Rosji, brali od rosyjskich firm energetycznych łapówki (przepraszam - pieniądze na kampanie wyborcze). Ale próbować trzeba, umowa w sprawie rurociągu Nabucco jest zachęcającym przykładem. To będzie trudne, ale równie trudne jest dziś zawracanie Potomaku kijem, czyli próba przekonania listem Ameryki, by nasz region znów uczyniła jednym ze swych priorytetów.

Potwierdza to sposób, w jaki został w Ameryce przyjęty list do Obamy. Media ledwo go zauważyły, dyplomacja USA odpowiedziała ustami dyżurnych rzeczników. Ci, którzy w obozie Obamy naszymi przyjaciółmi nie są, mówią dziś: - Widzicie, znów ci histerycy. Czyż Rosjanie nie mają racji, pytając, jak z takimi prowadzić wielką politykę?

A przyjaciele Europy Środkowej w administracji Obamy odpowiadają jedynie: - Polacy i Litwini mają ciut racji. Tak, nie powinni być aż tak nerwowi, ale zrozumcie, z tą ich tragiczną historią...

Marne przyjęcie listu w Waszyngtonie potwierdza jego główną tezę: ścieżki Europy Wschodniej i USA się rozchodzą. Ale nie sądzę, by mężowie stanu podpisani pod listem chcieli jedynie "dać świadectwo" (co się robi, gdy sytuacja jest beznadziejna). Jak każdy akt polityki, list miał wpływać na rzeczywistość. W tym wypadku - na to, jak na Europę Środkową i Rosję patrzy ekipa Obamy.

Chciałbym się mylić, ale myślę, że efekty w lepszym wypadku będą żadne, w gorszym - negatywne. A ta ekipa będzie rządzić Ameryką przez najbliższe ponad trzy, a bardzo możliwe, że ponad siedem lat. Nie da się przez ten czas przywrócić Europy Środkowej w centrum strategii amerykańskiej, chyba że jakimś aktem szaleństwa postarają się o to sami Rosjanie.

Ale można próbować wpływać na ekipę Obamy, by kierowała na nasz region uwagę choć nieco większą. Trzeba to robić nie tylko takimi sposobami jak listy o wielkim kalibrze.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 15 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    12 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':