- Nie ma potrzeby trzymać ludzi w więzieniach. Pozwólmy im wrócić do rodzin. Nie róbmy z siebie pośmiewiska dla wrogów drwiących, że
Iran więzi Irańczyków - wzywał wczoraj ajatollah Ali Haszemi Rafsandżani na uniwersytecie w Teheranie, gdzie co tydzień jeden z ważnych szyickich duchownych wygłasza mowę transmitowaną na cały kraj.
Rafsandżani, jeden z przywódców rewolucji islamskiej, przewodniczy dwóm ważnym Radom - Arbitrażowej, która rozstrzyga spory konstytucyjne, i Ekspertów, która po śmierci Najwyższego Przywódcy Iranu wybiera jego następcę. W jego wystąpieniu nie byłoby zatem nic dziwnego, gdyby nie fakt, że po wyborach 12 czerwca znajduje się w konflikcie z obecnym Najwyższym Przywódcą ajatollahem Alim Chameneim. Piątkowej mowy nie wygłaszał od ponad dwóch miesięcy.
Wczoraj słuchały go na żywo tysiące zwolenników opozycji, a w pierwszym rzędzie - Mir Hosejn Musawi. Uważa on, że wybory, które według oficjalnych wyników przegrał z prezydentem Mahmudem Ahmadineżadem, pupilem Najwyższego Przywódcy, zostały sfałszowane. Zwolennicy Musawiego w takiej liczbie odważyli się pokazać na ulicach Teheranu po raz pierwszy od prawie miesiąca.
Wielotysięczne demonstracje, które organizowali przez tydzień po wyborach, rozpędzała
policja oraz ochotnicy rewolucji uzbrojeni w pałki i broń palną. Zginęło co najmniej 20 osób, a setki trafiły do aresztów. Przez prawie miesiąc nie można było wysyłać w Iranie SMS-ów, co miało utrudnić protestującym organizowanie się. W aresztach, jak wylicza francuska organizacja Reporterzy bez Granic, jest 41 irańskich dziennikarzy. Zagraniczni reporterzy zostali z kraju wyproszeni.
- Wielu mądrych ludzi uważa wyniki wyborów za wątpliwe - mówił Rafsandżani. - Wierzę, że dzisiejsza modlitwa pomoże znaleźć drogę wyjścia z kryzysu!
Jego słowa to rodzaj wyzwania - choć stonowanego i wyważonego - rzuconego Najwyższemu Przywódcy, który uznał wybory za wielkie zwycięstwo Islamskiej Republiki, a powyborcze zamieszki - za wynik knowań zachodnich wywiadów. Jest to już zresztą kolejny przypadek krytykowania władz przez ważny autorytet. Wielki ajatollah Jusuf Sanei napisał na swojej stronie internetowej dokładnie to samo, co wczoraj wygłosił Rafsandżani.
Najbardziej zbuntowany jest wielki ajatollah Hosejn Montazeri, który tydzień temu w publicznym liście stwierdził: "Władza, która opiera się na wymachiwaniu pałą, niesprawiedliwości, fałszowaniu głosów, mordach, więzieniu, średniowiecznych i stalinowskich torturach, cenzurze gazet i środków komunikacji, taka władza jest godna potępienia i nic nie warta zarówno z punktu widzenia islamu, jak i zdrowego rozsądku".
Tylko kilkunastu spośród około 200 tys. szyickich duchownych w Iranie ma najwyższy tytuł wielkiego ajatollaha - wzoru do naśladowania dla wiernych ("zwykłych" ajatollahów, takich jak np. Rafsandżani, jest około tysiąca). 87-letni Montazeri, choć nie pełni żadnych stanowisk, ma w tej wąskiej elicie specjalną pozycję. Kiedyś namaścił go na swego następcę przywódca rewolucji ajatollah Chomeini (potem Montazeri wypadł z łask za krytykowanie Chomeiniego i został zamknięty w areszcie domowym).
W swoim liście Montazeri nie wymienia żadnych nazwisk ani nie wspomina o wyborach, ale i tak niemal otwarcie wzywa do buntu: "Obowiązkiem każdego człowieka jest domaganie się ustąpienia niesprawiedliwej władzy. Dotyczy to szczególnie ludzi bardziej zaznajomionych z prawem i religią, którzy powinni jednoczyć się w partiach i na publicznych zgromadzeniach, bowiem, jak pisał w testamencie imam Ali (zięć Mahometa), w przeciwnym razie najgorsi spośród nas zaczną dominować i nasze modlitwy nie zostaną usłyszane".
Sanei i Montazeri nie pełnią funkcji państwowych, są jedynie wybitnymi autorytetami religijnymi. Rafsandżani takie funkcje pełni, dlatego jego słowa, wygłoszone z najważniejszej mównicy w kraju, mają nawet większą wagę. Pokazują, że pęknięcie w aparacie władzy i w społeczeństwie nie jest tylko wynikiem sporu o wybory czy o samego Ahmadineżada, którego wielu Irańczyków uważa za prostaka i furiata. Obecna frustracja to także wynik rozczarowania reformatorów, którzy chcieli zmieniać państwo ewolucyjnie, od wewnątrz. Po ostatnich wyborach wielu Irańczyków uznało, że jest to niemożliwe.
Rafsandżani nie jest ani reformatorem, ani konserwatystą; raczej pragmatykiem, który uważa, że Islamska Republika nie może się opierać jedynie na sile pałki i na pogróżkach pod adresem Zachodu. Dlatego uchodzi za polityka rozsądnego, choć jednocześnie Irańczycy powszechnie wytykają mu miliony, których dorobił się po rewolucji. Przed wyborami Ahmadineżad w telewizji oskarżył go o złodziejstwo, czyli powiedział głośno to, o czym wszyscy dotąd tylko szeptali.
Wczoraj jednak zapomniano mu chciwość, stał się wyrazicielem społecznego buntu - po jego mowie tłumy krzyczały "Precz z dyktaturą!" i "Wolność!". Demonstrantów znów rozpędzano gazem łzawiącym i pałami, znów aresztowano kilkanaście osób.
Kryzys państwa w Iranie trwa, przeszedł tylko z fazy wybuchowej w przewlekłą.