http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Wojna i pokój w górnym paleolicie

Marcin Ryszkiewicz
2009-08-03, ostatnia aktualizacja 2009-08-04 11:10

Gdybyśmy się wyrzynali z takim zapałem, jak nasi przodkowie, to w tym stuleciu na wojnach zginęłoby 2 miliardy ludzi. Może trudno w to uwierzyć, ale człowiek stopniowo się udomawia i łagodnieje.

Walki na ulicach Aten
Fot. LEFTERIS PITARAKIS AP
Walki na ulicach Aten
Irańska prewencja podczas walk w Teheranie
Fot. STR AP
Irańska prewencja podczas walk w Teheranie
Wielka wojna na pomidory odbyła się niewielkim hiszpańskim mieście Bunol. Tomatina każdego roku przyciąga dziesiątki tysięcy walecznych ochotników. W walce nie ma przyjaciół ani wrogów, każdy kto stoi na ulicy, jest dobrym celem. Pod koniec walk, zawodnicy brodzą w pomidorowej papce po kolana.  Tomatina odbywa się tutaj od lat 40-tych ubiegłego wieku.
Fot. Fernando Bustamante AP
Wielka wojna na pomidory odbyła się niewielkim hiszpańskim mieście Bunol...
Bójka w ukraińskim parlamencie
Fot. Konstantin Chernichkin REUTERS
Bójka w ukraińskim parlamencie
4 kwietnia, Warszawa. Flash mob - walka na poduszki przed stacją metra Centrum.
Fot. Wojciech Olkuśnik / AG
4 kwietnia, Warszawa. Flash mob - walka na poduszki przed stacją metra Centrum.
Walka z policją
Fot. Jan Zamoyski / Agencja Gazeta
Walka z policją
ZOBACZ TAKŻE
Choć filozofowie przez stulecia głowili się nad pochodzeniem zła w świecie, dla ewolucjonistów problem jest zasadniczo odmienny: skąd w ogóle bierze się jakiekolwiek dobro? Jak ludzie mogą zachowywać się altruistycznie w świecie, który opiera się na wszechogarniającym egoizmie?

Altruizm jest zgubny dla osobnika i jeśli nawet ktoś się altruistą urodził, zostanie z populacji wyeliminowany przez egoistów, których geny lepiej sobie w takim świecie radzą. A więc - czy altruiści są na świecie? A jeśli tak, to dlaczego?

Odpowiedź, jakiej udziela w niedawnym numerze Science (z 5 czerwca) Samuel Bowles z Santa Fe Institute w USA, jest szokująca, przynajmniej dla ludzi nieobeznanych z pokrętną logiką genów - owszem, ludzie są (bywają) altruistami, ale powodem tego są wojny, zwłaszcza te najbardziej krwawe, agresywne i wyniszczające.

Spróbujmy to wyjaśnić.

Kiedyś, przed epoką samolubnego genu, sprawy wydawały się łatwiejsze - osobniki miały działać "dla dobra gatunku", mogły więc poświęcać się dla innych. Ale kiedy zdaliśmy sobie sprawę, że jedynym dobrem w ewolucji jest osobnik (a raczej jego geny, dla których osobnik jest "futerałem") sprawy się skomplikowały, bo choć dzięki temu wyjaśniliśmy tysiące pozornie niezrozumiałych zachowań, to sprawa altruizmu nabrała nowego i niepokojącego wymiaru - NIKT dla NIKOGO NIGDY NICZEGO nie powinien poświęcać (poza najbliższymi krewnymi, ale w tym przypadku "poświęca się" dla własnych genów). Równie tajemniczo wygląda sprawa ludzkich społeczeństw, które nie mają odpowiedników w ożywionym świecie - milionowych skupisk kooperujących ze sobą, choć niespokrewnionych osobników - to po prostu nie powinno nigdy się zdarzyć. Przecież pomagając innemu, który nie jest twoim bliskim krewnym, wspomagasz jego geny kosztem własnych.

Fakt istnienia ludzkich kooperujących ze sobą społeczeństw staje się jeszcze bardziej niezrozumiały, gdy uświadomimy sobie, że nasze grupy opierają się na tzw. modelu patrylokalnym, który z samej swej natury wymusza agresję między niespokrewnionymi samcami.



Samiec zabija, by mieć dzieci

W tym modelu samce zostają w grupie rodzinnej i kiedy łączą się w pary z samicami, to wybierają je z grupy sąsiedniej, którą samica opuszcza, by przyłączyć się do partnera. Samce są z natury bardziej agresywne od samic, a samce w grupie rodzinnej mogą - za sprawą tzw. doboru krewniaczego - zespolić siły do walki z innymi samczymi grupami rodzinnymi. Tak dzieje się u naszych najbliższych krewnych - szympansów - i to też sprawia, że społeczności szympansów, dla których obce grupy są źródłem samic do porwania i samców do zabicia, są - poza ludzkimi - najbardziej agresywne wśród wszystkich zwierząt. Tę mroczną tajemnicę szympansów odkryła Jane Goodall, która je przez dziesiątki lat obserwowała i która takiej ewentualności nie brała z początku pod uwagę, bo zaczynała swe prace w epoce "dobra gatunku" i uważała, że wszystkie szympansy są wobec siebie pokojowo nastawione. Niespodzianką i szokiem było dla niej, że samce zaczynały romans z nową partnerką od mordu na jej dzieciach - nosicielach genów innych samców. Szok był tym większy kiedy spostrzegła, że samice wkrótce po utracie dzieci i po "otarciu łez" łączą się ochoczo z ich zabójcą, bo tylko tak mogą swe geny powielić.

Ale odkrycie Goodall nie tyle sprowadziło nasze wojny do normalnych praktyk, ile pokazało, jak bardzo szympansy są do ludzi podobne. Jak pisze Nicholas Wade w swej świetnej książce "Before the Dawn": "wojna jest cechą odróżniającą ludzi i szympansy od wszystkich pozostałych gatunków. Spośród 4 tysięcy gatunków ssaków i 10 milionów lub więcej innych zwierząt ta akurat cecha - walki grup przeciw grupom - charakteryzuje tylko ludzi i szympansy". Nawet drugi gatunek szympansów - bonobo - zachowuje się pod tym względem zupełnie inaczej. Ale bonobo praktykują inny model rodzinny - matrylokalny - w którym samice tworzą społeczności złożone z sióstr, do których samce są dokooptowywane z innych grup. To samice, nie samce, przewodzą grupom, co przejawia się np. skutecznym i egzekwowanym solidarnie przez siostry zakazem dzieciobójstwa. Agresja zdarza się rzadko, a jej przejawy rozładowywane są przez zachowania seksualne, nierzadko wśród przedstawicieli tej samej płci. Choć grupy bonobo również żyją w obrębie ustalonych terytoriów, to nie są one agresywnie bronione, a spory na granicach rozstrzygane są pokojowo, często na drodze faktycznych lub pozorowanych kopulacji.

Ciekawe, że ta ogromna wynalazczość na polu seksu łączy bonobo z ludźmi, tak samo jak wojny międzygrupowe łączą nas z szympansami. A z oboma tymi gatunkami jesteśmy równie blisko spokrewnieni i pierwsze hominidy mogły pewnie pójść drogą każdego z tych naszych kuzynów.



Wybierając drogę bonobo żylibyśmy dziś w łagodnym, kobiecym świecie bez agresji. Ale też, jak twierdzi Bowles, bez tego altruizmu niekrewniaczego, który charakteryzuje nasz gatunek. I tylko nasz.

I bez wielkich społeczeństw, które jakimś cudem zdołały naszą agresję poskromić. Jak?

Ludzkie społeczeństwa - oparte na patrylokalności i kooperujących, choć niespokrewnionych jednostkach - mogłyby istnieć tylko wówczas, gdyby dobro grupy stanowiło wartość największą, a to w świecie samolubnych genów wydaje się niemożliwe. Altruizm - zredefiniowany przez biologów jako wspomaganie innych dla własnych genetycznych interesów - może istnieć tylko w przypadku małych grup bliskich krewnych. Wielkie skupiska osobników genetycznie sobie obcych mogłyby powstać za sprawą doboru grupowego (selekcji lepiej kooperujących grup), ale dobór grupowy został przez biologów wyklęty, bo w każdej takiej grupie oszust wykorzystujący innych odniesie genetyczny sukces i w końcu jego geny egoizmu zwyciężą.

Albo więc geny nie są tak samolubne (na co nie ma dowodów), albo dobór grupowy jednak istnieje, z czym biologowie mają kłopot. Jak więc wybrnąć z tego paradoksu? Oto zadanie dla dobrego matematyka.

Chodzi o to, by wykazać w jakich okolicznościach jednostce może się opłacać utrata zdrowia, czasu, energii i życia dla realizacji wspólnych z innymi członkami grupy celów i jak sprawić, by oszust, który realizuje własne interesy, nie zawsze wygrywał, pomnażając swe geny w kolejnych pokoleniach.

Wielu biologów rozważało teoretyczne scenariusze, w których altruizm mógłby zwyciężyć, wielu też zwracało uwagę, że właśnie wojny między grupami spokrewnionych samców stwarzają najlepsze warunki do rozwoju tego rodzaju zachowań. Wszyscy jednak byli zgodni, że wyeliminowanie wszelkich pokus oszustwa wymagałoby spełnienia wielu mało prawdopodobnych warunków.

Kanibalizm opłacił się Europejczykom

Na tle tych rozważań lepiej widać doniosłość pracy Bowlesa. Zaczyna on od teorii, próbując skonstruować swoisty „wzór na altruizm” - maksymalny koszt, jaki altruista może poświęcić dla grupy i przy którym - czy mimo którego - jego geny mają szanse rozprzestrzenić się w populacji (c*). Szczegóły możemy tu pominąć - to równanie jest efektem niezwykle skomplikowanych rachunków, które znaleźć można on-line w tym samym numerze Science. Poza matematykami i tak zresztą nikt z tego nic nie zrozumie. Choć za tymi wszystkimi zmiennymi, liczbami i współczynnikami stoją cierpienia, emocje i radości konkretnych ludzi, to ich wynikiem jest pierwszy jak dotąd precyzyjny wzór na altruizm:

c* = κ 2λ A [FST/(1-FST) + 1/n]

gdzie

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 1
  • 1
  • 27 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    44 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':