Ta komisja nie ma szans - oświadczył w środę Mieczysław Łuczak (
PSL), wiceprzewodniczący sejmowej komisji śledczej ds. nacisków na służby i prokuraturę za rządów
PiS, i demonstracyjnie zrezygnował. Czymkolwiek gest Łuczaka byłby motywowany - jałowością prac komisji, zniesmaczeniem poziomem awantur między posłami PiS a PO czy troską o godność posła i parlamentu - postawił ważne pytanie: co dalej z tą komisją?
Odpowiedź nasuwa się jedna: rozwiązać.
Warianty pośrednie - zmieniać stopniowo jej skład, zawiesić działalność do czasu zakończenia prokuratorskich śledztw o przekroczenie uprawnień przez prokuratorów (kierowanych za rządów PiS przez Zbigniewa Ziobrę) czy przez funkcjonariuszy CBA Mariusza Kamińskiego - wydają się nie mieć sensu. A liczyć na to, że komisja jednak coś wyjaśni, przekaże opinii publicznej jasny komunikat o mechanizmach funkcjonowania IV RP - zgadzam się z Łuczakiem - nie można.
Wspólny raport nie powstanie Zaczynając od końca. Łuczak mówi, że wspólny raport z prac tej komisji nie powstanie. Nie powstanie, bo PiS postawił swoim przedstawicielom w tej komisji Jackowi Kurskiemu (zmieniła go Renata Wróbel) i Arkadiuszowi Mularczykowi (przebąkiwał wczoraj w sejmowych kuluarach, że odejdzie z komisji, ale czeka na instrukcje od prezesa Jarosława Kaczyńskiego) jedno zadanie - sparaliżowania jej prac.
Ich destrukcja ma dwa poziomy. Słownych gier, także wniosków formalnych obliczonych na roztopienie w nich przesłuchań świadków. Oraz programowego braku zainteresowania tematem prac komisji. Mularczyk, Kurski - a teraz Wróbel - chcą od prokuratorów usłyszeć jedno zdanie: "Żadnych nacisków nie było". I do zacytowania tego zdania ograniczyłby się ich raport.
A co napisaliby posłowie PO - Sebastian Karpiniuk (wcześniej Andrzej Czuma), Robert Węgrzyn, Stanisław Chmielewski? To zagadka. Jeszcze pół roku temu Karpiniuk wspominał o jakimś częściowym raporcie (wałkowany był wówczas wątek opóźnienia aresztowania Tomasza Lipca na okres po wyborach w 2007 r., by nie zaszkodzić PiS). Dziś o tym cisza. Może i dobrze, bo prawnie raport częściowy nie może być przyjęty przez Sejm.
Nić się rwie i newsa nie ma Komisja przerzuciła się więc na badanie słynnej konferencji multimedialnej prok. Jerzego Engelkinga z sierpnia 2007 r. po zatrzymaniu Janusza Kaczmarka, b. szefa
MSWiA. W zanadrzu ma inne wątki, które zaczerpnie z rozrzuconych po Polsce śledztw.
Jakaś nić przewodnia tych poszukiwań, blok pytań, które by systematyzowały sprawę? Nic takiego nie widać.
Komisja szuka newsa. Bo Karpiniukowi, może w ogóle PO, wydaje się, że news legitymuje jej istnienie. A to nieprawda. Żeby przebić się do opinii publicznej (znużonej polityką, kłótniami PiS z PO), trzeba ustalić coś wstrząsającego - pokazać przestępstwo i jego sprawcę, a nie przysłowiowy tajny kodowany telefon prok. Elżbiety Janickiej do bezpośredniego kontaktu ze Zbigniewem Ziobrą. To news na jeden, dwa serwisy w komercyjnym
radiu.
Brakuje lidera Po trosze wynika to z grzechu poczęcia komisji - nadmiaru spraw, afer, które wzięła pod obserwację. Po trosze ze słabości członków komisji. Brakuje lidera, analityka, który narzucałby ton. I wiedział, czego szuka.
Być może te opinie są krzywdzące, a prawda jest prostsza. Być może rację ma pewien prokurator, który polityczne naciski w tej instytucji przyrównał do mgły, wyczuwalnej, motającej umysły, ale nieuchwytnej na poziomie faktów, które da się przerobić na oskarżenia.
Tym bardziej że prokuratura kierowana obecnie przez byłego przewodniczącego komisji Andrzeja Czumę nie daje komisji szans, skutecznie zamykając usta prokuratorom interpretacjami przepisów o tajemnicy służbowej. A bez rozsznurowania ust śledczym i bez jawności prac komisji - pisała o tym ostatnio w "Gazecie" Ewa Siedlecka - jej działalność traci sens.
Komisja ds. nacisków zamieniła się więc w "pośmiewisko" - jak mówi poseł Łuczak. To godzi nie tylko w instytucję komisji śledczej, ale - co słusznie zauważa Łuczak - w parlament, który powołuje komisję dla zbadania działania mechanizmów władzy i zagrożeń dla demokracji (wielkie słowa można mnożyć).
Połknąć tę żabę Platforma powinna czym prędzej połknąć tę żabę i komisję rozwiązać. Także z tego względu, że PR-owo - mówiąc językiem Wałęsy - komisja daje PO "plusy ujemne". Efektów - brak, spełnienia obietnic wyborczych o rozliczeniu IV RP - brak, zainteresowanie mediów - bliskie zera, a jeśli, to na poziomie, kto kogo z członków komisji nazwał "Jolą Rutowicz", a kogo "rozpędzoną lokomotywą". Jeśli PO nie połknie tej żaby dziś, przy następnych wyborach może się komisją udławić.