Nie zasądził zadośćuczynienia, ponieważ Wojdas-Kaleta się go nie domagała. - Walczyłam o wolność słowa, a nie o pieniądze. O wolność już nie dla mnie, ale dla dziennikarzy, którzy zostali w telewizji. Niestety, metody, którymi mi zamykano usta, stosuje się nadal - mówi "Gazecie" Helena Wojtas-Kaleta.
O jej sprawie pisaliśmy wczoraj. Poskarżyła się do Strasburga, bo wrocławski oddział
TVP ukarał ją (w 1999 r.) naganą za publiczne krytykowanie szefów. Dziennikarka - m.in. w liście otwartym podpisanym przez dziennikarzy i kompozytorów - sprzeciwiała się zdjęciu kilku audycji o muzyce poważnej. Szefowie nazywali te programy "staromodnymi", a krytykę pod swoim adresem uznali za "naruszenia obowiązku troski o dobre imię pracodawcy".
- Ukarano mnie tylko naganą, bo jako przewodniczącej związku zawodowego nie mogli mnie wyrzucić - opowiada "Gazecie" Helena Wojtas-Kaleta. - Ale za ten protest wyrzucono wtedy sześć osób - pod różnymi pretekstami. Jeden z kolegów przez lata nie mógł znaleźć pracy. Mnie usunięto z anteny: zabrano mi wszystkie dwanaście programów. Pracodawca był bezkarny - wystarczyło stwierdzenie o "zmianie koncepcji programowej". Nagle praktycznie przestałam zarabiać. Został mi tylko program o mniejszościach narodowych, którego zlikwidować nie mogli. W ramach konkursu, wygrałam kontrakt w ogólnopolskiej "Trójce" na program dla seniorów "Babie lato". Ale w telewizji wrocławskiej byłam skończona. Wszystkie moje propozycje programów były odrzucane. Ludzie się ode mnie odwrócili, bo kontakty ze mną groziły popadnięciem w niełaskę. W końcu przeszłam na wcześniejszą emeryturę.
Sąd pracy oddalił jej zażalenie. Wczoraj Strasburg wytknął polskim sądom, że potraktowały dziennikarkę jak każdego innego pracownika działającego na szkodę pracodawcy. Tymczasem chodzi o dziennikarza, który ma wręcz obowiązek zabierać głos w ważnych, publicznych sprawach. Także w dyskusji o publicznych mediach, które mają w Polsce obowiązek realizowania misji, do której zalicza się promowanie dorobku kultury narodowej.
- Skarżąca działała w obronie interesu publicznego, bo kwestie dotyczące polityki programowej mediów publicznych tego interesu dotyczą. Jej wypowiedzi nie były skierowane przeciwko konkretnej osobie i nie były formułowane w złej wierze. W przypadku dziennikarzy lojalność wobec pracodawcy nie może pozbawiać ich prawa zabierania głosu w debacie publicznej - orzekł Trybunał.
- Ten wyrok powinien uzmysłowić dziennikarzom i ich pracodawcom, że krytyka mediów publicznych, jeśli nie realizują misji i działają wbrew interesowi publicznemu, jest wręcz dziennikarskim obowiązkiem - mówi dr Adam Bodnar z Fundacji Helsińskiej, która przyłączyła się do sprawy, kierując do Trybunału "opinię przyjaciela sądu". - Niestety, nasze media publiczne są zbyt zapatrzone w standardy korporacyjne, których elementem jest lojalność wobec pracodawcy i dbałość o interes finansowy właściciela. Tymczasem powinna ich obowiązywać lojalność wobec społeczeństwa - dodaje dr Bodnar.