Sławomir Zagórski: Po blisko 20 latach na Zachodzie wraca pan do kraju i rozkręca duży program badawczy. Trudny jest taki powrót? Prof. Stanisław Karpiński: Piekielnie. Ale wyszedłem na prostą: po wielu miesiącach prób i starań zdobyłem pieniądze z Fundacji na rzecz Nauki Polskiej na badania i miejsce pracy w Katedrze Genetyki, Hodowli i Biotechnologii Roślin warszawskiej SGGW.
Dlaczego szło to tak opornie? - Bo w Polsce nie ma systemowych rozwiązań, żeby ludzie tacy ja, z poważnym dorobkiem, wracali do kraju i mogli być zatrudniani na równych prawach co tutejsi badacze.
W systemie zachodnim najwyższy stopień naukowy to doktorat, a w Polsce habilitacja, i to ona jest głównym hamulcowym. W Polsce zachodni profesor może być zatrudniony najwyżej jako adiunkt.
W Chinach, Indiach, Japonii rządy zabiegają o to, aby specjaliści wracali ze Stanów czy Europy i dają im miliony na badania. U nas raczej rzuca się kłody pod nogi. Zdolni, utytułowani przybysze to niepotrzebna konkurencja dla miejscowej naukowej konserwy i nomenklatury. Ale nie wszędzie, to się zaczyna zmieniać.
Ostro powiedziane. - Zawsze miałem cięty język. Już jako student waliłem prawdę prosto w oczy i o mały włos nie zostałem relegowany z uczelni.
Komu się pan wtedy naraził? - Pułkownikowi Wojdatowi, ojcu znanego pływaka. Byłem na trzecim roku poznańskiej Akademii Rolniczej. Należałem do NZS-u, kolportowałem podziemne pismo "Obserwator Wielkopolski". Kiedy więc pułkownik zadał mi referat pt. "Nierealność koncepcji narodowowyzwoleńczych ZWZ i AK", oświadczyłem, że te koncepcje były jak najbardziej realne, i podtrzymywałem to przez siedem kolejnych zajęć. Dostałem siedem dwój i nie zaliczyłem u Wojdata, a bez tego nie można było zaliczyć roku.
23 maja 1983 r. na ostatnich zajęciach nawrzeszczałem na pana pułkownika, a potem trzasnąłem drzwiami. Należało mu się: jego syn trenował w
USA, a on nauczał o imperializmie amerykańskim. Dwie godziny później z torbą pełną odbitek "Obserwatora" wpadłem w
SB-ecki kocioł i trafiłem za kratki. Świat mi się zawalił.
Wyszedłem na mocy abolicji w sierpniu '83 r. Ostrzeżono mnie, że jeżeli zostanę złapany na podobnym przestępstwie, będę odpowiadał za obydwa.
Prosto z więzienia poszedłem na sesję poprawkową i zaliczyłem wszystkie egzaminy z wyjątkiem studium wojskowego. Uratował mnie prodziekan Jerzy Pudełko. Narażając się, dopuścił mnie warunkowo na czwarty rok. Tylko dzięki niemu skończyłem studia.
Wrócił pan do działalności opozycyjnej? - Wróciłem i kontynuowałem do wyjazdu z Polski w listopadzie 1988 r. Byłem kurierem wydawnictw podziemnych, kursowałem między Poznaniem, Warszawą i Łodzią.
Długo się wahałem między polityką a nauką. W końcu wybrałem naukę, bo to moje przeznaczenie. Oczywiście, gdy zajdzie konieczność, jestem gotów wziąć ulotki albo karabin i robić, co trzeba.
W 1985 r. dostałem etat techniczny na Akademii Rolniczej w Poznaniu. Techniczny, bo naukowy dostał syn I sekretarza podstawowej organizacji partyjnej.
Zakochałem i ożeniłem się z koleżanką z laboratorium. Była druga połowa lat 80. Smutno, wszawo i beznadziejnie. Wydawało się, że w Polsce nigdy się już nic nie zmieni.
I wylądował pan w Szwecji. Dlaczego akurat tam? - Przypadek. Szwedzi w tym czasie bardzo pomagali Polakom. Dostaliśmy się na studia doktoranckie na uniwersytecie w Umea na północy kraju.