Umniejszanie wagi tego wydarzenia byłoby nie na miejscu. Jest to sukces Polski, samego Jerzego Buzka, komplement dla całego regionu. Potwierdzenie, że pięć lat po poszerzeniu o kraje postkomunistyczne Europa ucieka od podziału na starą i nową.
Ale też nie ma co cieszyć się ponad miarę i puszyć, jaka to Polska silna, a rząd skuteczny. Lampka szampana wypita, teraz do roboty.
Buzek zaprezentował w wywiadach całą paletę spraw, którymi chce się zająć jako przewodniczący Parlamentu Europejskiego. Od przyjęcia i wcielenia w życie traktatu lizbońskiego (to zdecydowanie zadanie nr 1), walki z ociepleniem klimatu, przez
kryzys gospodarczy, problemy migracyjne, bezpieczeństwo energetyczne, otwarcie Europy na Wschód. Wszystkie sprawy są ważne, choć nie wszystkie - np. ograniczenie emisji CO
2 czy problemy migrantów - stanowią priorytet dla Polski i państw naszego regionu.
Trze ba się więc po że gnać z wizją lansowaną przez niektórych, że Buzek będzie w PE człowiekiem Europy Wschodniej. Ma być szefem parlamentu całej zjednoczonej Europy. Godzić często sprzeczne, a czasem tylko rozbieżne interesy. Ci, którzy uważają, że Buzek coś nam w Brukseli załatwi, mogą się poczuć głęboko rozczarowani. A im mniejsze nadzieje, tym mniejsze rozczarowania.
Z drugiej strony nie jest tak, że ta funkcja nic Polsce prócz prestiżu nie da - jak przekonują niechętni rządowi politycy i publicyści. Szef PE bierze bowiem udział we wszystkich oficjalnych i nieoficjalnych spotkaniach wierchuszki UE - tych we własnym gronie oraz tych zewnętrznych. W pewien sposób patrzy na ręce szefowi Komisji Europejskiej (rządowi UE) i ma wpływ na jej pracę. Buzek będzie więc na wszystkich szczytach Unii z Rosją, Chinami,
USA, krajami Ameryki Łacińskiej, Maghrebu i ważnymi partnerami Europy w świecie. A tak że na tych, w których nie biorą udziału szefowie państw, ale tylko tzw. unijna czwórka - szef KE, przedstawiciel ds. polityki zagranicznej, szef PE i przedstawiciel kraju będącego aktualnie u steru Unii. Dotychczas naszego człowieka tak blisko unijnego jądra nie było.
Być może nic na tym nie zyskamy wprost i od razu. Ale Jerzy Buzek będzie - jako pierwszy Polak - wiedział, jakie są unijne trendy i tendencje, co się święci w polityce zagranicznej UE, jakie interesy i projekty mogą zyskać przychylność Komisji Europejskiej oraz większości państw Wspólnoty. To niezwykły kapitał, który Polska zdoła zdyskontować jedynie dzięki bliskiej współpracy Buzka z premierem Tuskiem, szefem
MSZ, ministrem ds. europejskich. A także z prezydentem, z którym być może jest dziś Buzkowi najmniej po drodze.
Ale prywatna niechęć i różnice polityczne powinny ustąpić interesowi kraju. Na barkach Buzka spoczywa pierwszy indywidualny test nie tylko polskiej zdolności kierowania UE, ale przede wszystkim wyznaczania jej kursu i wizji. To już nie jest, jak dotychczas, miejsce w bezpiecznej wieży kontrolnej na lotnisku. To raczej rola nawigatora w kabinie pilotów.
Kolejnym takim testem dla Polski będzie prezydencja w UE, do której już trwają przygotowania. Życząc Buzkowi realizacji planu maksimum, warto już dziś powiedzieć, że realizacja planu minimum też będzie sukcesem. A plan minimum można określić słowami: "byle czegoś nie zepsuć". Wbrew pozorom w tak skomplikowanym mechanizmie jak UE to wcale niełatwe zadanie. Jeśli Buzek mu sprosta, będzie dobrze. W końcu ma przed sobą zaledwie 2,5 roku.