Forum - złóż kondolencje, wspomnij
Żyjemy w świecie teatru, każda rzecz instynktownie lub półświadomie jest teatralizowana. Jeżeli w kawiarni ludzie przy sąsiednim stoliku poznają mnie, natychmiast zaczynają mówić głośniej, żebym ja dosłyszał, że oni też mają niezwykłe życie. Pochodzi Pan ze znanej rodziny Kreczmarów. Jak wyglądały Pana pierwsze kontakty z teatrem? Miałem pięć lat, kiedy wybuchła wojna. Mój ojciec zmarł dwa lata wcześniej, wychowywałem się w rodzinie matki, w starej warszawskiej rodzinie Kreczmarów.
Bracia matki byli ludźmi teatru. Jan Kreczmar był aktorem, Jerzy Kreczmar - filozofem i intelektualistą. Tuż przed wojną zajął się również teatrem, po wojnie stał się wybitnym reżyserem. To była rodzina jednolita, rozległa i bardzo ze sobą zaprzyjaźniona. Dołączył do niej Erwin Axer, który przedarł się ze Lwowa. Ukrywał się u nas, potem ożenił się z moją ciotką. Nie miałem rodzeństwa, wychowywałem się wśród licznych kuzynów. Dzięki temu nie miałem poczucia jedynactwa. Byłem tzw. grzecznym chłopcem, dość zamkniętym.
W czasie okupacji nie chodziło się do teatru, jednak świadomość, a może półświadomość tego, czym jest teatr, istniała we mnie od początku, chłonąłem to wszystkimi porami.
Jak Pana rodzina, która zawsze żyła teatrem i z teatru, radziła sobie podczas wojny, kiedy uprawianie zawodu było właściwie niemożliwe? Pamiętam, jak mój wuj Jan, aby stworzyć sobie namiastkę aktorstwa, którego nie mógł uprawiać, czytał swojej żonie Justynie polską literaturę - Żeromskiego, Sienkiewicza, Prusa. Taki był wówczas kanon literatury. Jeszcze nie było Gombrowicza, Mrożka i Herberta.
Byłem wiernym słuchaczem tych seansów.
Wuj podczas wojny pracował jako barman w restauracji u znanej norweskiej aktorki Ely Gisteld, która się zakochała w Polsce i w Polaku i zdaje się, że została w Polsce przez całą okupację. Restauracja znajdowała się na dzisiejszym zbiegu Nowego Światu, Alej Jerozolimskich i Smolnej. Pamiętam wuja, który stał za barem i przygotowywał drinki, a ciocia Justyna pracowała jako kelnerka. To była spora restauracja, z przedwojennym sznytem, w której prawdopodobnie rozwijały się jakieś podziemne kontakty. Pójście tam było zawsze wydarzeniem - jadło się jakieś tam na lewo podane dobre danko. Oczywiście restauracja była otwarta, więc pewnie bywali tam również
Niemcy.
Nie było jakichś prywatnych, nielegalnych przedstawień? Nie byłem świadkiem domowych przedstawień dla rodziny czy znajomych. Działała wtedy tajna uczelnia, która wykształciła całe pokolenie wspaniałych artystów - Zosię Mrozowską, Andrzeja Łapickiego, Sławka Glińskiego... To oni zasilili powojenny teatr. Na pewno tam odbywały się jakieś tajne, domowe przedstawienia.
W podziemiu restauracji, w której pracował wuj, odbywały się nieoficjalne czy półoficjalne występy artystyczne dla kilkudziesięciu osób. Byłem tam na recitalu Mariusza Maszyńskiego, przedwojennego aktora, który śpiewał francuskie ballady. Pamiętam to jak przez mgłę. Tak wyglądało moje pierwsze doznanie teatralne. Pierwszy raz siedziałem wtedy na widowni. Moje doświadczenia żywego teatru były niewielkie - w czasie okupacji się nie chodziło ani do teatru, ani do kina. Przedtem chodziłem tylko do znanego lalkowego teatru Baj na Żoliborzu, prowadzonego przez pana Jana Wesołowskiego. Podczas wojny moja mama raz tylko sprzeniewierzyła się moralnemu zakazowi, który zawierał się w haśle "Tylko świnie siedzą w kinie". Żebym mógł zobaczyć, co to w ogóle jest kino, zabrała mnie do kina Olimp na Puławskiej. Obejrzałem wtedy przedwojenną komedię "Dorożkarz nr 13".
A pierwszy prawdziwy spektakl teatralny? Pierwszy raz w życiu byłem w prawdziwym teatrze w 1944, w Lublinie, na "Weselu" Wyspiańskiego. Występowali wielcy aktorzy: Jan Świderski, Ryszarda Hanin, Jan Kreczmar. To był wstrząs. Zobaczyłem prawdziwy teatr - w tak niesamowitej sytuacji. To było nieprawdopodobne. Artystycznie nie byłem oczywiście w stanie tego ocenić, ale to był szok. Zobaczyłem rzeczywistość, której nie znałem. Pierwszy kontakt z teatrem, i to jeszcze w atmosferze niezwykłego uniesienia. Szaleństwo.
Jaka tam była atmosfera? Dzisiaj nie można nawet wyobrazić sobie takiego odbioru sztuki. Tłumy ludzi w teatrze, płacz. Nie zastanawiałem się, że to wraca Polska itd. Pewnie w jakimś stopniu tak, ale bardziej mnie zachwycał sam fakt, że oto naprawdę działa instytucja, o której do tej pory tylko słyszałem. Dla dorosłej widowni to było jednak wydarzenie ponadteatralne, to był powrót do rzeczywistości, którą tłamszono przez pięć lat.
Widziałem jeszcze drugie przedstawienie, "Dożywocie". Potem wszyscy przenieśli się do Łodzi, która wkrótce stała się centrum kulturalnym Polski.
Myśmy z mamą pojechali do Warszawy. Ciągle jednak jeździliśmy do Łodzi. Za każdym pobytem musiałem być m.in. na "Krakowiakach i Góralach", które szły bez przerwy latami całymi. Teatr od razu stał się częścią mojego życia. Łódź nie była zniszczona i stała się drugim obok Krakowa ośrodkiem życia kulturalnego, z tym że przygarnęła całą inteligencję warszawską - pisarzy, dziennikarzy, ludzi teatru, kina. Łódź była wtedy centrum. Były nawet sugestie, żeby przenieść stolicę do Łodzi.
To było miasto pulsujące życiem. Zgromadzili się tam ludzie odciążeni od okupacyjnego koszmaru, nastąpiła erupcja dokonań w różnych dziedzinach życia. Poza tym tam były względnie przyzwoite warunki, normalnie jeździły tramwaje, był ogród zoologiczny... Ja szalałem, wydawało mi się, że jestem w innym świecie. No i ciągle latałem do teatrów. Do kina zacząłem chodzić już w Lublinie. Pierwszy film, na który samodzielnie się wybrałem, to był amerykański "Pieśniarz Zachodu". W Warszawie, w żoliborskim kinie Tęcza, bywaliśmy na wszystkim - na filmach radzieckich, które wtedy robiły wstrząsające wrażenie, na jakichś komediach. Od czasu do czasu puszczali filmy zachodnie.
Kino było na co dzień dostępne. Teatr był czymś odświętnym.