To, że Polak zostanie przewodniczącym PE, stało się oczywiste już na wiele dni przed głosowaniem, gdy porozumiały się w tej sprawie dwie największe grupy: chadecy i socjaliści. Potem ze swoim poparciem dołączyli inni.
W zamian za wybór Buzka chadecy obiecali na drugą połowę kadencji poprzeć na przewodniczącego niemieckiego socjalistę Martina Schulza. Taki "układ techniczny" między dwoma największymi grupami, który jest parlamentarną tradycją, wielu się jednak nie podoba.
Przedstawiciele mniejszych partii w PE mówią otwarcie, że Buzek to nie jest kandydat cieszący się charyzmą. Nie podoba im się też sposób podjęcia decyzji, który wykluczył jakąkolwiek rywalizację między głównymi siłami w PE. - Ten poranek przypominał raczej inaugurację papieską. To marnie wróży zmianom w PE - krytykował brytyjski eurosceptyk Nigel Farage.
- Nie jestem zbyt zadowolony ze sposobu pańskiego wyboru. Mam nadzieję, że nie będzie pan niewolnikiem tych dwóch grup, że będzie pan kierował się własnym zdaniem - mówił reprezentujący niezrzeszonych posłów, skrajnie prawicowy Francuz Bruno Gollnisch.
Pierwszą gorącą kwestią, którą będzie musiał zająć się Jerzy Buzek, będzie wybór przewodniczącego Komisji Europejskiej. Rządy państw UE chcą ponownie widzieć na tym stanowisku José Manuela Barrosa. W Parlamencie napotyka on jednak na gorącą opozycję.
Wiadomo już, że nie zostanie wybrany przed wakacjami. Pytanie brzmi, czy chadekom uda się przekonać pozostałe grupy, by stało się to we wrześniu. Na razie przeciwnikami Barrosa są socjaliści, liberałowie i zieloni. Przywódca tych ostatnich Daniel Cohn-Bendit zwalcza go ze szczególnym zapałem. We wtorek zaproponował, by skoro przywódcom państw tak podoba się Barroso, mianowali go przewodniczącym Rady.
To nowe stanowisko, nieoficjalnie zwane prezydentem UE, powstanie, jeśli w życie wejdzie traktat lizboński. Wtedy, jak tłumaczył, Barroso "nie robiłby nic, tylko organizował spotkania przywódców", w których głosy i tak się wsłuchuje. Cohn-Bendit przedstawił całą listę osób, które według niego byłyby lepsze na czele Komisji - to m.in. były belgijski premier Guy Verhofstadt, b. włoski komisarz ds. konkurencji Mario Monti, Brytyjczyk Chris Patten, b. irlandzka prezydent Mary Robinson.
Barroso i chadecy mają jednak nadzieję, że zostanie on zatwierdzony we wrześniu. Ich zdaniem pośpiech jest konieczny, by uniknąć bezkrólewia w czasach kryzysu. Jeśli opozycja w PE nie zmięknie, do głosowania może jednak dojść dopiero po irlandzkim referendum nad traktatem lizbońskim. Wtedy Barroso będzie musiał zdobyć większość głosów wszystkich posłów, a nie wszystkich obecnych. Przeciąganie sprawy może też sprawić, że więcej czasu na organizację kontrataku będą mieli ewentualni rywale.
Po wyborze Buzka eurodeputowani zajęli się wczoraj o wiele bardziej dzielącą ich - jak się okazało - kwestią wyboru wiceprzewodniczących PE. Jest ich aż 14. Grupy wcześniej ustalają swoich kandydatów.
Okazało się jednak, że zgłosiło się 15 osób. Edward McMillan Scott, jeden z brytyjskich posłów konserwatywnych, zgłosił swoją kandydaturę, mimo że nowa grupa Konserwatyści i Reformatorzy zdecydowała wcześniej, że jej kandydatem będzie Michał Kamiński (
PiS).
To dowód podziałów nie tylko w grupie, ale wręcz wśród brytyjskich konserwatystów. McMillan obiecywał, że jeśli zostanie wybrany, wróci do grupy chadeckiej, z której konserwatyści właśnie wyszli, niektórzy bardzo niechętnie.
W pierwszej rundzie wymaganą większość głosów zdobyła tylko trójka kandydatów, wśród których nie było ani Kamińskiego, ani McMillana Scotta. Najmniej głosów zdobyła jednak niemiecka liberałka Silvana Koch-Mehrin, co sugerowało, że to ona może paść ofiarą rywalizacji na prawicy.