http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Jerzy Buzek - nasz szef Parlamentu Europejskiego

Aleksandra Klich
2009-07-14, ostatnia aktualizacja 2009-07-14 17:55

Sierpień '80 to jego uważał za symbol zmian, które doprowadziły do bezrobocia. Przed biurem w Katowicach krzyczeli: "Buzek na wózek!", i palili jego kukłę

Jerzy Buzek w budynku Parlamentu Europejskiego, 13 lipca 2009 r.
Fot. YVES HERMAN REUTERS
Jerzy Buzek w budynku Parlamentu Europejskiego, 13 lipca 2009 r.
Gdy jesienią 1997 roku, po zwycięskich wyborach, Akcja Wyborcza Solidarność zaproponowała Jerzego Buzka na premiera, w Warszawie zastanawiano się, kto to jest.

Mało kto pamiętał wysokiego, szczupłego inżyniera z Politechniki Śląskiej w Gliwicach. To on 16 lat wcześniej, w gdańskiej hali Olivia prowadził drugą turę zjazdu "Solidarności". Ktoś sobie przypomniał, że skutecznie lał wtedy wodę na rozgrzane głowy związkowców. I dziwiono się, że gdy profesor ze Śląska zaczyna mówić, milkną swary.

Ale na Śląsku nikt się nie dziwił. Ani że Buzek może być premierem, ani że tak dobrze radzi sobie w sytuacjach kryzysowych. Bo tu Buzka znali wszyscy. - Nie umiałem sobie wyobrazić innego kandydata - mówił wówczas Marek Kempski, szef Regionu Śląsko-Dąbrowskiego "S".

Wada? Że nie ma wad

Zaolziak z rodziny protestanckiej. Spokojny, rozważny, rozsądny. Jak to lutry - tak mówi się na Śląsku. Rodzina Buzków doszperała się informacji, że ich nazwisko pochodzi z Łużyc (stamtąd luterański ród uciekł przed kontrreformacyjnymi prześladowaniami) i oznacza "strzegącego sławy". Wśród przodków Jerzego są polscy patrioci, m.in. prawnik Józef, w dwudziestoleciu międzywojennym twórca Głównego Urzędu Statystycznego i organizator pierwszego spisu powszechnego, i ks. Andrzej, pastor, więzień obozu koncentracyjnego. Ojciec profesora był inżynierem po politechnice w Wolnym Mieście Gdańsku, pracował w zakładach energetycznych w Chorzowie i Gliwicach.

Jerzy Buzek po studiach na politechnice w Gliwicach (Wydział Mechaniczno-Energetyczny) pojechał na stypendium do Cambridge, ale mimo namów nie został w Anglii. Wrócił do Gliwic i zatrudnił się w Instytucie Inżynierii Chemicznej PAN. Tam napisał kilkadziesiąt prac naukowych, m.in. na temat odsiarczania gazów spalinowych.

Do "Solidarności" trafił od razu - jesienią 1980 roku. Tworzył jej struktury na Śląsku, mediował między skłóconymi frakcjami, prowadził spotkania. W stanie wojennym go nie internowano, więc mógł ciągnąć konspiracyjną robotę. Tworzył podziemne struktury związku i szefował im jako Karol. Redagował też biuletyn "S". - Integrował ludzi, którzy chcieli działać - wspominał na łamach "Gazety" Michał Luty, dawny działacz "S".

Koledzy z pierwszej "Solidarności" wspominają go tak: facet od trudnych spraw, ceniony i przez intelektualistów, i przez robotników, bo z każdym się dogada. Człowiek drugiego szeregu, nigdy nie pchał się do władzy. Do tego życzliwy, sprawiedliwy, miły, sympatyczny. Dobry kumpel od koni, żaglówek i kajaków. Bez wrogów. Przy nim każdy czuje się ważny i doceniony.

Wada? Że nie ma wad.

Wiktor Ostrowski, działacz "S" na Śląsku, zna Buzka od początku lat 80.: - Wielu związkowców wkurzało, że on nigdy nie starał się o stołki. To był inny styl uprawiania polityki, zajmował się pracą, nie demagogią.

Rzucił konspirację w 1987 roku, gdy okazało się, że jego córka Agata - dziś znana aktorka filmowa i teatralna - jest chora na nowotwór. Dzięki pomocy księży udało się wywieźć ją do Niemiec, gdzie ją wyleczono.

To ja rządziłem

Buzek do pracy związkowej wrócił jako doradca Marka Kempskiego. Radził mu podczas strajków górniczych, prowadził zjazdy, przygotowywał regionalny kontrakt dla województwa katowickiego. Nie zraził się do "S" nawet wtedy, gdy niejaki Zbigniew Martynowicz podczas zjazdu regionalnego w połowie lat 90. zarzucił mu współpracę z SB. Zresztą przyjaciele stanęli za nim murem, powtarzając, że zarzuty Martynowicza to wyssane z palca bzdury. Ostrowski: - Najlepszym dowodem czystości Buzka było to, że na Śląsku nigdy nie było żadnej wpadki.

W 1997 roku przed kampanią wyborczą do parlamentu Buzek przyjął propozycję Mariana Krzaklewskiego, ówczesnego szefa AWS i "S", swojego kolegi z Politechniki Śląskiej (sam wciągnął go do konspiracji), by stanął na czele zespołu przygotowującego program gospodarczy Akcji.

To właśnie bliską znajomością z Krzaklewskim tłumaczono późniejszy awans profesora na premiera. Koledzy z politechniki przypominali sobie, że Buzek wypromował Krzaklewskiego na uczelni, pomógł mu przy zbieraniu materiałów do doktoratu. Ostrowski: - Krzaklewski wiedział, że Buzek, ekspert od gospodarki, nie ma żadnych ambicji zrobienia kariery politycznej. Że nie będzie reprezentował żadnej frakcji, ale "Solidarność" i jej idee. Taki ktoś mu nie zagrażał.

Potem Buzkowi wielokrotnie zostanie przedstawiony zarzut, że to nie on, ale Krzaklewski "z tylnego siedzenia" kierował rządem AWS-UW (potem samego AWS). Indagowany Buzek odpowiadał zawsze tak samo. Że to nieprawda. Że konsultował wiele spraw z szefem AWS, przekładał mu projekty ustaw, tłumacząc, iż warto byłoby przeforsować je w Sejmie. Ale że to nie Krzaklewski rządził, ale on. Jerzy Buzek.

Po latach powie: - Mój rząd był autonomiczny, ale nie można rządzić bez zaplecza politycznego. Nie przeprowadziłbym reform bez wsparcia.

A premierem został właśnie po to, by - jak często podkreśla - zreformować państwo i zmieniać Polskę. I rzeczywiście jego rząd wcielił w życie cztery reformy: administracyjną, edukacyjną, zdrowotną i emerytalną.

Powstały powiaty, a 49 województw zastąpiono 16. W szkołach wprowadzono egzaminy zewnętrzne, powstały też gimnazja. Szpitale przeszły na garnuszek samorządów, a za leczenie płaciły im kasy chorych. Zreformowano też ZUS, tworząc fundusze emerytalne, i zrestrukturyzowano górnictwo. Rząd Buzka wprowadził też Polskę do NATO i negocjował wejście do Unii Europejskiej.

Sierpień '80 to jego uważał za symbol zmian, które doprowadziły do wzrostu bezrobocia i radykalizacji nastrojów społecznych. Przed jego biurem w Katowicach działacze krzyczeli: "Buzek na wózek!", i palili jego kukłę.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 2 komentarze
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    3 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':