- Wie pan, że Zygmunt Solorz-Żak dał w zeszłym roku klinice kardiologicznej w Monachium 100 mln euro jednorazowej darowizny?
100 milionów euro? Można za to zbudować stadion! - Nie tylko pan jest zaskoczony. W zeszłym roku dostałem maila od szefowej Europejskiego Stowarzyszenia Fundraisingu o treści: "O co chodzi?". Okazało się, że jeden polski kardiochirurg przeprowadził się do Monachium, a jego pacjenci przekonali Zygmunta Solorza-Żaka, żeby wsparł szpital taką darowizną, by stworzyć mu najlepsze warunki do pracy. Pieniądze poszły za lekarzem.
To chyba największa darowizna w historii Polski. Powie mi pan: gdzie są polscy fundraiserzy?
No właśnie. - W Stanach Zjednoczonych to cała branża. Stowarzyszenie zawodowe fundraiserów założone w latach 60. przekroczyło 30 tys. członków, ma roczny budżet ponad 10 mln dolarów i około 50 osób na etacie. Ja jestem prezesem Polskiego Stowarzyszenia Fundraisingu, mamy blisko 150 członków i zatrudniamy tylko asystentkę zarządu.
Fundraiser zdobywa pieniądze dla organizacji charytatywnych i instytucji, bo kiedy kończą się pieniądze, to się kończy misja. Jeśli szpital ma zaległe faktury, to nie myśli o chorych. Jeśli
szkoła nie ma na pensje, nie myśli o poziomie nauczania. Mówimy im: zajmijcie się swoją misją, a pieniądze zostawcie specjalistom. Podatki rozlicza księgowa, a pieniądze zbiera fundraiser.
Jak to robi? - Zadzwoniła przełożona pielęgniarek z hospicjum: "Skończył nam się krem". Wykonałem kilka telefonów i następnego dnia przyjechała furgonetka z kilkoma kartonami kremu. Powiedziałem właścicielowi hurtowni kosmetyków: "W hospicjum pielęgniarki potrzebują kremu, bez tego nie będą mogły dobrze zajmować się chorymi, prosimy o pomoc, czy nie mogą państwo rozważyć podarowania nam porcji kremu?".
Bajki pan opowiada. - Reputacja tego hospicjum zaważyła, stoi za nim autorytet kardynała.
Ale hurtownia nie jest organizacją charytatywną, wolałaby sprzedać ten krem. - Po prostu chcieli zrobić coś dobrego.
Dlaczego? Z potrzeby serca? - Tak. Ludzie są dobrzy. Udowodnił to
Jurek Owsiak, który wprawdzie nie mówi o sobie, że jest fundraiserem, ale wykonuje ten zawód.
A jak pan został fundraiserem? - Osiem lat temu pracowałem kilka miesięcy w krakowskim hospicjum przy kampanii "Pola Nadziei". Gdy wiosną kwitną żonkile - symbol nadziei - zaczyna się kwesta. Hospicjum zbiera tak co roku pół miliona złotych. Wtedy pierwszy raz w życiu usłyszałem słowo "fundraising".
Ale fascynacja fundraisingiem zaczęła się u mnie w 2005 roku, na kongresie fundraiserów w Meksyku. Spotkałem kilkaset rozentuzjazmowanych osób. Pokazywali zdjęcia, projekty. Wszystko to było uczciwe, a widać było, że to ludzie sukcesu. Spodobało mi się, że można robić szlachetne rzeczy i zarabiać godne pieniądze.
W pana domu rodzinnym się powodziło? - Wychowałem się w Krakowie, na Floriańskiej, mój ojciec jest artystą malarzem, jednym z nielicznych, którzy utrzymywali z tego rodzinę. Teraz ma własną galerię. Mama uczyła polskiego. Byłem w harcerstwie, jestem wciąż instruktorem ZHR. Tam nauczyłem się zdobywania pieniędzy. Na początku lat 90. Centrum Onkologii dawało granty na promocję zdrowego stylu życia. W trzy godziny napisałem wniosek i moje zuchy dostały 5 tys. zł na konkursy, wystawy, ulotki. Zdumiało mnie, że ktoś daje na to pieniądze.