http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Arab strzela, Żydzi się cieszą

Paweł Smoleński
2009-07-19, ostatnia aktualizacja 2009-07-14 13:41

Żydowski nacjonalista nie powinien być trenerem arabskiego klubu. Ale piłka nożna jest ponad wszystkie spory Bliskiego Wschodu

Kibice Bnei Sakhnin cieszą się z wygranej z Hapoel Hajfa 4:1.
18 maja 2004
Fot. TAL COHEN AFP
Kibice Bnei Sakhnin cieszą się z wygranej z Hapoel Hajfa 4:1. 18 maja 2004
Trzy były wielkie i szczęśliwe dni w liczącej 3 tysiące lat historii miasteczka Sakhnin.

Wielki Dzień Pierwszy - w roku 2002. Zbieg okoliczności, przypadków i szczęścia sprawia, że Ittihad Abna Sakhnin (po hebrajsku Ihud Bnei Sakhnin) - klub piłkarski Zjednoczeni Synowie Sakhninu - awansuje do izraelskiej pierwszej ligi.

Wielki Dzień Drugi - w roku 2004. Na stadionie narodowym w Ramat Gan Zjednoczeni Synowie Sakhninu zdobywają puchar Izraela, gromiąc Hapoel Hajfa 4:1. Silniejsze drużyny odpadły w eliminacjach, jak to w pucharach bywa. Synowie Sakhninu uzyskali awans do Pucharu UEFA jako pierwsza arabska drużyna w historii piłki nożnej.

Wielki Dzień Trzeci - w roku 2006, mecz narodowej reprezentacji Izraela przeciwko Irlandii w eliminacjach do mistrzostw świata. 90. minuta, klęska zagląda w oczy, gdy Abbas Suan strzelił bramkę. Suan wali czołem w murawę, ma twarz zwróconą w stronę Mekki. Stadion w Ramat Gan szaleje ze szczęścia, kibice przed telewizorami wariują, a cały Sakhnin przez kilka dni chodzi na haju.

- Dla nich futbol to nie tylko gra - mówi mi Etgar Keret, pisarz, kibic incydentalny, lecz znawca ludzkiej natury. - A czym jest? Wszystkim.

Opowiadał mi, że dla izraelskich Arabów, Palestyńczyków i może Arabów w ogóle to sposób na odreagowanie frustracji i poniżenia. Na rozładowanie napięć. Na załatwienie, również krwawe, pradawnych sporów.

Przez piłkę można zabić narzeczoną. Albo - zastrzelić sąsiada. Przestać rozmawiać z ojcem. Znienawidzić rodzonego brata. Pogodzić się z wrogami. Zyskać narodową dumę. Albo - stracić człowieczą godność. Kibice pod zieloną flagą Proroka mogą dopingować żydowski klub, jak w przypadku Maccabi Hajfa, choć chwilę wcześniej uczestniczyli w wiecu islamistów. Syjoniści z kibuców mogą dopingować Arabów. I tak dalej.

- Słyszałem o chłopcu, który potrafił kopać tylko lewą nogą, lecz grał, wbrew trenerowi, na prawym skrzydle - opowiadał Etgar. - To była niższa liga, gdzie przede wszystkim grają arabskie drużyny. Są zorganizowane wedle podziałów klanowych i na boisku często załatwiają klanowe porachunki. Ten chłopiec nie chciał grać na lewym skrzydle, bo po prawej stronie boiska chował w krzakach karabin: jak się klany pokłócą na trybunach, warto być blisko prawdziwego argumentu.

Opowiadał mi Etgar o arabskich piłkarzach wykluczonych z rozgrywek, bo w spodenkach chowali granaty. O awanturach na noże i bójkach.

Nie chciało mi się wierzyć. Dopóki nie odwiedziłem Sakhninu.

Wielki Dzień Pierwszy - Arabowie w I lidze

Rok 2002. Ittihad Abna Sakhnin istnieje raptem dziesięć lat. Nie ma możnych sponsorów, więc nie ma jeszcze stadionu z prawdziwego zdarzenia ani boisk treningowych; żadnych szatni, pryszniców, szafek na ubrania. Plac, gdzie zawodnicy półamatorsko kopią piłkę, jest w dole miasteczka, na lewo od głównej ulicy, jeśli jedzie się od Tel Awiwu.

- Nasz ostatni mecz w drugiej lidze oglądali wszyscy, słowo honoru - opowiada mi Mahmud, nauczyciel informatyki i dziennikarz z Sakhninu. - Mama, tata, bracia, siostry; wszyscy trzymali kciuki, choć nie mogliśmy już nic zrobić - potrzebna była wola niebios. I spełniło się. Dwóch głównych konkurentów przegrało swoje mecze. Awansowaliśmy do izraelskiej pierwszej ligi. Nasz Sakhnin stał się wtedy sławny w całym Izraelu. Dostaliśmy szansę, żeby pokazać, że jesteśmy równi Żydom; w pierwszej lidze był wcześniej tylko jeden arabski klub.

Synowie Sakhninu nie są klubem czysto arabskim; grają w nim Żydzi, często bardziej lojalni wobec drużyny niż Arabowie. Nie odchodzą na lepsze kontrakty, jak bramkarz Meir Cohen. Nie chcą się przenieść do większego klubu, choć muszą dojeżdżać na treningi, bo w Sakhninie nie mogą mieszkać między swoimi. Co ich tam trzyma? Mahmud powiada, że przygoda. I że Zjednoczeni Synowie Sakhninu to klub najlepszy na świecie.

Co wtedy, w 2002 roku, było naprawdę ważne? Małe, zapyziałe miasteczko, które nawet nie mogło poszczycić się największą liczbą zabitych w antyizraelskich protestach. Na trybunach wysiadują głównie Arabowie, choć wierni kibice zjeżdżają do Sakhninu również z okolicznych kibuców. Jakieś rozgrywki klasy B; śledzą je tylko miejscowi. Nuda, nuda, nuda.

- I nagle stało się coś niewiarygodnego - wspomina Mahmud. - Weszliśmy do pierwszej ligi. My, chłopcy z Sakhninu. Prowincjonalni, zaszczuci. Jacyś tam kiepskawi Arabowie. Nie pojmiesz tego uczucia; jakim cudem mógłbyś pojąć. Nasi wśród najlepszych. Myślałem, że już nic więcej nie mogę dostać od życia.

Rychło trenerem Sakhninu został Eyal Lahman. Okazało się, że piłkarskie szaleństwo jest ponad wszystkie spory Bliskiego Wschodu; Arabowie nigdy w życiu nie powinni zatrudnić takiego gościa, a on nie powinien trenować takiego klubu.

- Lahman jest człowiekiem szczególnym - opowiada Keret. - Jeden z najtwardszych syjonistów, jakich widziałem. Facet zdeterminowany; jeśli ujrzy cel, poświęci mu wszystko inne: pionier, kibucnik i nacjonalista w jednym.

Lahman jest rzeczywiście twardym syjonistą. Gdyby realizował się w polityce, byłby zapewne izraelskim jastrzębiem, nie dałby Arabom ani guzika. Lecz wybrał sport.

- Pokazał arabskim chłopakom z Sakhninu, że muszą walczyć - opowiada Keret. - Mecz to nie jest mecz, lecz bitwa o życie. Lahman jest syjonistą, więc wierzy, że nacjonalizm wyzwala niewiarygodne wręcz siły. Mówił swoim zawodnikom: to nie futbol, lecz realizacja waszej arabskiej dumy.

Źródło: Duży Format
  • 7 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    15 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':