W firmie właśnie trwają zwolnienia grupowe. Z 2,5-tysięcznej załogi ma odejść 300 osób.
Pan Wacław (woli, żeby nie wymieniać jego nazwiska), choć nie znalazł się na liście do zwolnienia, myśli o przyszłości ze strachem: - Jeszcze przed kryzysem było tak, że starsi pracownicy, którzy już nie nadawali się do pracy na hali, byli wysyłani do jakichś magazynów czy na inne stanowiska, żeby spokojnie doczekać emerytury. A dziś idą na bruk.
Nasz rozmówca ma 52 lata, w hucie przepracował ponad trzydzieści. Żona Dorota jest polonistką w miejscowym liceum.
Pan Wacław zarabia teraz na rękę ok. 1400 zł. - W porównaniu z ubiegłym rokiem jestem o tysiąc złotych do tyłu - wylicza.
Jak to możliwe? HSW od początku roku pracuje cztery dni w tygodniu. To odpowiedź na kryzys i brak zamówień. W piątki zakład stoi. Ludzie zarabiają o 20 proc. mniej. - A jeszcze w tamtym roku roboty było tak dużo, że trzeba było ją wykonywać trochę biegiem. I nadgodzin było tyle, ile się chciało. Teraz nie siedzimy ani nie leżymy, ale pracuje się po prostu wolniej. O nadgodzinach nie ma co nawet marzyć - opowiada pan Wacław.
Denerwuje go to, że - jak zwykle - przy podobnych zawirowaniach pracę tracą głównie produkcyjni. - Wśród tych 300 osób do zwolnienia nie ma ani jednego dyrektora, ani jednego kierownika. Tnie się ludzi z produkcji - wytyka nasz rozmówca.
Poza hutą w Stalowej Woli trudno znaleźć pracę. - Mój szwagier pracował w ośrodku badawczo-rozwojowym huty. Stracił pracę w czasie, kiedy HSW była restrukturyzowana. Teraz siedzi na bezrobociu. W firmach prywatnych dają pracę najwyżej na pół roku. Po tym czasie zwalniają, bez odprawy, bez zobowiązań. Szwagier, ślusarz, pracuje, a potem idzie do pośredniaka. A tam znowu wisi oferta tej samej firmy, która go przed chwilą zwolniła. Że szukają ślusarza. I tak to się kręci - mówi pan Wacław.
Źródło: Gazeta Wyborcza