- Nie wyobrażam sobie tego rozstania. Nie umiem oddać dziecka mężowi. Syn jest taki mały, karmię go piersią - mówi Anna Wijewska, matka Euzebiusza. Wczoraj sąd w Śremie (Wielkopolska) zgodził się, by Ebi na razie został przy matce.
Polsko-holenderska walka o chłopca zaczęła się w marcu, kiedy Polka wróciła do Śremu. Jej mąż został w miasteczku Maarssen. Dwa tygodnie po wyjeździe wniósł sprawę do holenderskich władz o wydanie syna. Powoływał się na międzynarodową konwencję haską o uprowadzeniu dziecka.
- Konwencję stosuje się, kiedy jeden z rodziców wbrew woli drugiego wywozi dziecko za granicę. Pozwala wrócić dzieciom do ich naturalnego środowiska, domu, dziadków, rodzeństwa, szkoły. Aż właściwy sąd nie przyzna opieki jednemu z rodziców - tłumaczy Wojciech Wiza, poznański adwokat.
Sąd w Holandii uznał, że "wyjazd do Polski matki z dzieckiem jest nie do przyjęcia" i że Anna "nie działa w interesie swojego dziecka". Sąd przyznał jednak, że w "sytuacji napiętych stosunków i kłótni" kobieta miała rację, wyprowadzając się z domu.
Z ojcem Ebiego nie udało się nam skontaktować, jego telefon milczał. Ale artykuł o uprowadzeniu przez Polkę dziecka ukazał się już w jednej z holenderskich gazet. Ojciec chłopca skarżył się: - Rozwodzę się z żoną z powodów różnic kulturowych, ale syn jest mój. Mam czarno na białym, że sąd w Holandii mi go przyznał!
Ostateczną decyzję o wydaniu dziecka miał podjąć Sąd Rejonowy w Śremie. 2 lipca uznał, że - skoro małżonkowie nie porozumieli się, co do miejsca pobytu syna - mały Euzebiusz musi wrócić do Holandii.
Anna miała siedem dni na oddanie mężowi dziecka. Termin mijał wczoraj. Sąd w Śremie wstrzymał wykonalność decyzji w sprawie wydania dziecka po tym, gdy sprawę opisaliśmy w lokalnym wydaniu "Gazety".
- Do czasu, aż sąd okręgowy w Poznaniu rozpatrzy naszą apelację. Dziecko zostaje z matką, ale próbujemy też dogadać się z ojcem - mówi adwokat Anny Wijewskiej Artur Łata.
Wczoraj matka deklarowała: - Zależy mi żeby mąż miał kontakt z dzieckiem, w domu rodziców czeka na niego pokój. On wie, że może przyjechać kiedy chce i zobaczyć się z Ebim. Na razie nie zdecydował się na to.
Prawnicy uważają, że to dopiero początek wielkiej fali "dziecięcej ekstradycji". Polacy wyjeżdżają za pracą i wchodzą tam w związki z obcokrajowcami, w których rodzą się dzieci. Ale do tej pory Polacy (głównie kobiety) nagminnie przegrywali rozprawy o wydanie dziecka, także wtedy, kiedy sprawy nie były jednoznaczne.
Takich dramatycznych sytuacji z roku na rok jest coraz więcej. W 2006 roku do polskich sądów wpłynęło 41 wniosków o wydanie nakazu wydania dziecka, w 2007 r. - 38, w 2008 r. już 70. Wszystkie zakończyły się nakazem wydania dziecka za granicę.
- Polskie sądy podchodzą do międzynarodowego prawa na kolanach, za szybko zgadzają się na "ekstradycję" - uważa Wojciech Wiza. - Zapominają, że najważniejszy jest interes dziecka.
Nazwisko bohaterki na jej prośbę zmieniliśmy
Źródło: Gazeta Wyborcza