http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

"Lelo" za bogaty o dwa złote

Marcin Masłowski
2009-07-09, ostatnia aktualizacja 2009-07-17 11:51

Im bardziej chcę żyć uczciwie, tym bardziej dają mi po dupie. Nie piję, nie palę. Zabrali mi ostatnie 30 złotych zasiłku. Dlaczego? Bo się ożeniłem

Nazywam się Leszek. Leszek Śmiałowski. Mówią na mnie "Lelo". Mam 61 lat. I nigdy nie rozmawiałem z dziennikarzem. Ale upokorzyli mnie, upokorzyli. Wysłucha pan? Dziękuję.

Za komuny, nie ukrywam tego, "robiłem" sklepy. Ale tylko państwowe, żeby ludzie krzywdy nie mieli. Potem kumple, auto, Zakopane. Żyło się. Ale dorwali mnie. Wspólnik strzelił z ucha i odsiedziałem swoje. Uczciwie. W sumie 17 lat, 7 miesięcy i 7 dni. Same siódemki. Siedziałem wszędzie, bo za komuny wozili z kicia do kicia. Zaliczyłem Sztum, Czarne, Goleniów (tam było ciężko), Sieradz, Łęczyca, Garbalin, Montelupich, Wołomin. Szlak turystyczny miałem dość rozległy.

Ale kiedy to było. Ostatni raz wyszedłem w 1983 roku. I powiedziałem sobie, że więcej za kraty nie wrócę. Wtedy poznałem swoją damę serca, pierwszą żonę. Przyrzekłem jej, że więcej nie pójdę do więzienia. I dotrzymałem słowa. Do dziś.

Ja nie lubię dawać plamy

Znalazłem pracę. W ZGM na Zgierskiej. Robiłem wszystko. Murarka, naprawy, po lokatorach jeździliśmy. Pracowałem osiem miesięcy. Bo osiem miesięcy nie piłem. Potem zacząłem, to po pół roku przyszedłem po wypłatę. Bo, wie pan, ja nie lubię dawać plamy. Jak robię, to robię, a jak nie robię, to naprawdę nic nie robię. To mam zakorzenione ze starych bałuckich czasów. Pewne zasady, które dziś już zniknęły. Leżącego się nie kopie, starszemu się podaje rękę. Nie krzywdziło się biednego. Chłopak z Chojen mógł o pierwszej w nocy przejść z dziewczyną przez Bałuty (a nie lubiliśmy się z Chojnami). Nas paka stała i nikt nie ruszył. Jak szedł sam, to miał wpierdy. Dziś tego kodeksu honorowego półświatka nie ma. Najgorszy chuligan, jak zobaczył staruszkę z wiadrem wody, szedł i brał wiadro. Tak było przyjęte.

No, mniejsza z tym. W tym ZGM trochę popracowałem.

Żona zmarła na raka w 1997 roku. Wtedy, przyznaję, piłem dzień w dzień. Przez pół roku. Jadłem mało, zagryzałem mirabelkami. Wie pan, kumple do kieliszka to się zawsze znajdą. Przecież kumpel nie mówi: "Chodź na obiad", tylko: "Chodź trzaśniemy kielicha". Straciłem mieszkanie, bo to żony było. Spółdzielnia zabrała. Potem trzy lata u koleżków pomieszkiwałem. Ale żony, siostry krzywo patrzyły, jak człowiek z kielichem przyjdzie. Wie pan, jak to jest... W końcu za dużo już piłem. Trzy miesiące mnie w szpitalu ratowali. Bo jak piłem, to nie jadłem. No, tak mam. 52 kilo wtedy ważyłem.

Po łyżeczki, nie palcami

Wylądowałem w schronisku dla bezdomnych. To był chyba 2001 rok. Potem poznałem panią Irenę Jaros, tą z Banku Żywności. Bardzo mi pomogła, to ja, jak mogłem, pomagałem jako wolontariusz w tym Banku. Rozwoziliśmy jedzenie po ludziach, rozładowywaliśmy palety z mąką czy cukrem. No, wie pan. Cztery lata mieszkałem w schronisku. Grosza nie miałem, ale nie potrzebowałem. Jak Unii jeszcze nie było, jeździliśmy po sponsorach. Najwięcej mieliśmy od Bakomy i Danone'a. Jogurty dzieciakom się rozdawało, tu, w tej kamienicy. Tu bieda na Kilińskiego jest straszna. Ojciec, jak nie siedzi, to narkoman. Ale zawsze dzieciakom mówiłem - iść po łyżeczki, nie jeść palcami. Słuchały.

Po czterech latach pani Irena skierowała mnie na komisję. Marek Edelman bardzo pomógł, bo to przyjaciel pani Ireny. Jeden jego telefon to więcej wart niż sto pism i podań. Wie pan, jak to jest. Miejski Ośrodek Pomocy Społecznej mi dał zasiłek stały, bo byłem niepełnosprawny, po operacji trzustki. U Edelmana po operacji na Wólczańskiej miałem bezpłatne badania u niego na oddziale. Brał mnie do siebie na oddział nieodpłatnie. Bardzo mi pomógł.

Dźwigać nie mogłem, pracować nie mogłem. Przepuklina. Dali mi niecałe 400 złotych. Wtedy poznałem Basię.

Mówię do niej, weźmy ślub

Wie pan, ta moja Basia to wspaniałe serce, wielki człowiek dla mnie. Znów mnie z picia wyciągnęła, bo po tym schronisku u kumpla mieszkałem. Ale jak się wpadło w korek, to na trzy tygodnie. I tylko wódka. Basia widziała, że nie ma mnie w Banku, przyszła, reanimowali mnie w szpitalu trzy tygodnie. Nie mieli gdzie się wkłuć, żyły pouciekały. Wtedy przestałem pić. Basia zabrała mnie do siebie, spałem w kuchni. Tak się zaczęło. Przybrane dwie wnuczki. Wreszcie miałem rodzinę. Jaki ja byłem szczęśliwy... Bo nikogo nie miałem na świecie, tylko tych kumpli.

Mówię do niej: "Weźmy ślub, co tak będziemy mieszkać". Ale mieliśmy fajne wesele. Nawet kielicha nie wypiłem. Było bomba. To był sierpień zeszłego roku. Teraz będziemy mieli rocznicę. Cieszyłem się. Ona miała 600 złotych emerytury, ja te 400 złotych zasiłku. Wystarczy nam na wszystko, na życie spokojnie. Komorne, światło - to będzie około 500 złotych. To jeszcze przecież zostanie. Choć na leki też wydajemy paręset złotych.

Kradłem, byłem pan

Ale musiałem MOPS powiadomić, że ślub wziąłem. Podliczyli nasz dochód i zasiłek mi zabrali. Za dużo razem zarabialiśmy. Przekroczyliśmy o dwa złote. Ech. Obniżyli mi do 30 złotych. Tak że mogę pana teraz zabrać na jakieś balety... Ale OK. Tylko, jakbym spotkał tego, kto zasady ustala pomocy dla biednych rodzin, to jeszcze bym się poświęcił i swoje odsiedział. Nieważne.

Do tych 30 złotych jeszcze Unia dawała na dożywianie i węgiel. Jakieś 250 złotych. Więc jakoś to nam się wyrównało. Teraz w maju poszedłem do MOPS. A Basi emeryturę podnieśli o 20 złotych. Ona dostaje 720 złotych. A limit na rodzinę dwuosobową to 702 złote. Jak więcej, to zasiłek się żaden nie należy. I zabrali mi te ostatnie 30 złotych. I to dożywianie już też.

Podłamałem się. Jak kradłem, to byłem pan. Jak byłem sam, miałem te 440 złotych. Jak się ożeniłem, uspokoiłem, zabrali mi te ostatnie grosze. Czy to sprawiedliwe? Mam rozwód teraz brać? Przysięgam Bogu, tylko iść i kraść! Nawet jakby mnie walnęli "na gorącym", ile by mi dali? Ale szkoda mi tego... No, nie boli to?

Twarde kryterium pomocy

Zgodnie z rozporządzeniem Rady Ministrów z 24.07.2006 roku o wysokości zasiłków stałych wypłacanych przez Miejskie Ośrodki Pomocy Społecznej decyduje tzw. kryterium dochodowe. Jest ono rewaloryzowane raz na trzy lata. Obecnie wynosi 351 złotych na osobę w rodzinie. Jeśli dochód jest wyższy niż ta kwota, nic się nie należy. Tak więc np. w przypadku małżeństwa dochód netto powyżej 702 złotych oznacza, że państwo nie wspomoże takiej pary nawet złotówką. Żona Leszka Śmiałowskiego ma od niedawna 720 złotych emerytury. Dlatego państwo zabrało mu wszelką finansową pomoc.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 158 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    44 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':