http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Nowe Kresy, stare problemy

Dawid Warszawski
2009-07-07, ostatnia aktualizacja 2009-07-07 21:01

Tak mogłaby dziś wyglądać Rosja, gdyby w 1991 r. powiódł się pucz Janajewa: setki zabitych na ulicach Ałma Aty, nieśmiałe międzynarodowe protesty, mniej lub bardziej uzasadnione spekulacje prasowe o powiązaniach kazachskich demonstrantów z zagranicznymi ośrodkami i islamskim terroryzmem.

Przypominano by też zapewne stłumione równie krwawo na ulicach Lwowa demonstracje ukraińskich niepodległościowców, a eksperci zwracaliby uwagę, że Ukraina nigdy nie była tak naprawdę niepodległa, a Kazachstan wręcz nigdy nie istniał jak państwo.

Wystarczy podstawić Tybet zamiast Ukrainy i Sinkiang zamiast Kazachstanu. Historia jednak potoczyła się inaczej: pucz Janajewa skończył jako farsa, rosyjskie imperium się rozpadło, a sama Rosja stała się mocno niedoskonałą demokracją, a nie okresowo liberalizującą się dyktaturą.

Tymczasem masakra na placu Tiananmen przesądziła o tym, że w Chinach wolności nie ma dla nikogo - ani dla pragnących demokracji Chińczyków, ani dla dążących do niepodległości, czy choćby autonomii, narodów podbitych. Jest zapewne prawdą, że większość Chińczyków taką politykę dziś akceptuje, a przynajmniej nie zamierza się przeciwko niej buntować, a rosyjskie elity władzy jasno twierdzą, że w krytycznym momencie, 20 lat temu, to Chiny, a nie Rosja, wybrały właściwą drogę.

Już w XIX w. Aleksander Hercen wykazał jednak, jaka jest cena takiego wyboru, pisząc po powstaniu styczniowym, że akceptując przemoc na ulicach Warszawy, Rosjanie nieuchronnie będą musieli ją zaakceptować także na ulicach Petersburga.

Kiedy Hercen pisał te słowa, Moskwa i Pekin kończyły dzielić między siebie Azję Środkową, zwaną wówczas Turkiestanem. To wtedy przyłączona do Imperium Środka jego wschodnia część zyskała nazwę Sinkiang - po chińsku "Nowe Kresy".

Inaczej niż ubiegłoroczne manifestacje w Tybecie krwawo tłumione w tych dniach zamieszki w Kaszgarze i Urumczi miały bardziej społeczny niż polityczny charakter: Ujgurzy protestowali przeciwko dyskryminacji, a nie domagali się niepodległości.

Temu zapewne należy przypisać fakt, że policja powstrzymywała także kontrdemonstracje sinkijangskich Chińczyków stanowiących w Urumczi większość. Krwawe represje zradykalizują jednak zapewne Ujgurów: Turkiestan Wschodni stanie się w nadchodzących latach dla Pekinu podobnym problemem, jakim dziś jest Tybet.

Dla Ujgurów, przynajmniej na średnią metę, niczego dobrego to jednak nie wróży: prawdopodobieństwo uzyskania przez Tybet niepodległości nadal jest nikłe. Państwu członkowskiemu Rady Bezpieczeństwa ONZ świat nie będzie dyktował, co ma robić - status quo jest bezpieczne, a naruszyć je mogą jedynie jego obywatele. Represja mniejszości jednoczy jednak etnicznych Chińczyków wokół polityki władz: hercenowski szantaż z reguły jest skuteczny. Do czasu.

Na razie Turkiestan Wschodni istnieje politycznie jedynie na liście członków założonej w 1991 r. Organizacji Nieuznawanych Narodów i Ludów UNPO, obok Ingrii czy Asyrii i 55 innych istniejących jedynie na papierze tworów, z których lubią się natrząsać realiści. Jednak do UNPO należy też i niepodległe dziś Kosowo, a sześć innych państw zrezygnowało już z członkostwa, kiedy zostały uznane przez ONZ.

Zgoda, o powstańcach kumulskich mało kto już w samym Sinkiangu pamięta - ale krewni ofiar zapewne teraz sobie przypomną. Skala represji zaś pokazuje, że nie zapomniano o nich w Pekinie. Zaraz, zaraz: o jakim to powstaniu pisał Hercen?





Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 1 komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    4 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':