http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Człowiek, który wrócił do małpy

Katarzyna Surmiak-Domańska
2009-07-12, ostatnia aktualizacja 2009-07-07 14:18

Chcieliśmy usłyszeć, że papież czy jakiś arcybiskup zakazuje Hutu ścinania dzieci. Ale ten polski papież nie otworzył ust. Rozmowa z Jeanem Hatzfeldem, autorem książki "Strategia antylop"

Zbiorowy grób Tutsi. Obóz dla uchodźców niedaleko Gomy. 21 czerwca 1994 r.
Fot. Corbis
Zbiorowy grób Tutsi. Obóz dla uchodźców niedaleko Gomy. 21 czerwca 1994 r.
Eugénie, jedna z bohaterek "Strategii antylop", opowiada, jak z dnia na dzień stała się wyczynową lekkoatletką: "Nigdy nie widziałam, jak kogoś ścinają, biegło się zbyt szybko". Biegali po kilka godzin dziennie, coraz bardziej nadzy i ranni. Albo siedzieli przez dwie doby bez ruchu w kucki pod krzakiem. W nocy wzajemnie iskali sobie wszy i rozmawiali o tym, że powoli stają się małpami.

- Zezwierzęcenie to właśnie temat tej książki. Zwierzę, którym staje się uciekający, i zwierzę, którym staje się zabójca. Gdy w kwietniu 1994 roku w Ruandzie zaczęło się ludobójstwo, część mieszkańców Nyamata z plemienia Tutsi skryła się na bagnach i w pobliskim lesie. Wieczorami, gdy zabójcy wracali do domów, uciekinierzy jedli to, co wygrzebali z ziemi, zlizywali wodę z liści. Pośród trupów. Wiedzieli, że zginą, ale i tak nazajutrz znowu biegli.

Twierdzą, że nigdy już nie będą tym, kim byli przedtem. Nie tyle z powodu przeżytego horroru, ale właśnie z powodu pamięci o tym zwierzęciu, które się w nich obudziło.

Innocent wspomina, że zazdrościli szympansom. Byli gotowi żyć już zawsze tak jak one: wspinając się na palmy, kopulując w krzakach, byleby tylko nikt już nie uganiał się za nimi z maczetą.

Codziennie od 9 do 15.

- Bez przerwy obiadowej. Bo do domu było za daleko. Każdego dnia o świcie przed domami Hutu w Nyamata pojawiali się policjanci i zaganiali ich "do pracy". Mężczyźni zbierali się na stadionie piłki nożnej. Najpierw wspólnie jedli i pili. Przed dziewiątą wyruszali grupami w stronę bagien i lasu, śpiewając. Szli ścinać głowy, tak jak wcześniej chodzili ścinać banany. W drodze powrotnej plądrowali pozostawiony przez sąsiadów dobytek. I tak siedem dni w tygodniu. Wieczorami znowu spotykali się wszyscy razem, wymieniali łupy, żartowali, biesiadowali.

Wszyscy chodzili do tej pracy?

- Iść trzeba było, ale oczywiście można było się po prostu wlec z tyłu i przez cały dzień nawet "nie umoczyć maczety". Naturalnie im kto był bardziej aktywny w pracy, tym większe należały mu się łupy.

Od jedenastej rano 11 kwietnia do drugiej po południu 14 maja 1994 roku w całej gminie Nyamata zabito 51 tysięcy Tutsi - z 58 tysięcy. Zapewne zdążono by zabić wszystkich, gdyby nie to, że 14 maja wkroczyły do kraju oddziały Ruandyjskiego Frontu Patriotycznego (FPR) - założonego przez Tutsi w Ugandzie - i położyły kres ludobójstwu.

Jako korespondent wojenny widział pan na świecie wiele rozlewu krwi. Jednak od 12 lat ciągle powraca pan do Ruandy. Co wyjątkowego znalazł pan właśnie tam, czego nie było gdzie indziej?

- Przede wszystkim nigdzie indziej nie było to ludobójstwo. Nie sądzę, żeby można mówić o ludobójstwie na przykład w byłej Jugosławii.

Dlaczego?

- Ludobójstwo nie definiuje się przez okrucieństwo ani liczbę zabitych. Chodzi o polityczny plan eksterminacji. Miloszević chciał stworzyć Wielką Serbię i w tym celu przepędzić populację chorwacką i bośniacką z terenów, które go interesowały. Stosował terror, gwałt, ale motorem jego działań nie był plan totalnej zagłady, inaczej niż w przypadku reżimu Hutu, który chciał wszystkich Tutsi po prostu unicestwić.

Podczas masakr ludobójczych nie ma taktyki, bitew, negocjacji. Zabija się systematycznie, metodycznie, skutecznie. Prześladowani stopniowo osłabiają się fizycznie, psychicznie, intelektualnie, moralnie, rzecz jasna. Ulegają zezwierzęceniu.

Ta cienka różnica jest trudna do wychwycenia, ponieważ na każdej wojnie istnieją zapędy ludobójcze. W miarę jej rozwoju, zwłaszcza gdy zwycięstwo się oddala, pojawia się chęć, żeby wroga i jego naród po prostu wybić. Tak było w przypadku Juliusza Cezara w Galii, wojsk francuskich w Algierii, amerykańskiej piechoty morskiej w Wietnamie. Ale zapędy ludobójcze w ramach wojny i ludobójstwo jako projekt to co innego. W historii współczesnej mieliśmy do tej pory cztery przypadki ludobójstwa: ormiańskie, żydowskie, w Kambodży i Tutsi. Jako dziennikarz miałem okazję zetknąć się tylko z tym ostatnim. Ono mną wstrząsnęło, zafascynowało mnie. Stało się moją obsesją.

Co pana fascynuje w ludobójstwie?

- Niezrozumiałość. Jaka siła pchała poczciwych rolników, żeby chwycić za maczetę i chodzić zabijać swoich sąsiadów codziennie, w regularnych porach dniach? Jaka siła pchała uciekinierów do wegetacji na bagnach lub w lesie, gdzie żyli jak zwierzęta?

Mechanizm wojny można zrozumieć: żądza podboju, dominacji, zemsty. W czasie wojny tworzy się pewna logika, toczy się normalne życie.

Mechanizmu eksterminacji niepodobna zrozumieć. Rodzi on ciągle nowe pytania, na które nie ma odpowiedzi. Kiedyś porównałem, może nie dość zręcznie, wojnę do rzeki, która wystąpiła ze swojego koryta. Ludobójstwo to dla mnie rzeka, która wyschła.

Pojawiłem się w Ruandzie latem 1994 roku jako dziennikarz. Kiedy wróciłem we wrześniu do Francji, stwierdziłem, że my, dziennikarze, popełniliśmy ten sam błąd. Opowiadaliśmy o armii FPR, o błękitnych hełmach, organizacjach humanitarnych, o obozach uchodźców Hutu. Zabrakło tylko relacji tych Tutsi, którzy przeżyli. To nie wina naszego zaniedbania. Tutsi po prostu nie chcieli mówić. Jest zasadnicza różnica między ofiarami wojny i ofiarami ludobójstwa. Ofiary wojny chcą mówić jak najwięcej. Oskarżają, płaczą, żądają zadośćuczynienia. Ci, co przeżyli po ludobójstwie - przeciwnie. Ich cisza jest niesamowita.

Źródło: Duży Format
  • 30 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    32 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':