Dookoła kryzys, a pan skupuje kolejne spółki z problemami.
- Nie wchodzę w słabe spółki, bo są tanie. Szukam takich, które mają w sobie coś, co rokuje na przyszłość. Jeśli spółka ma to coś, co spowoduje, że jej wartość może dość szybko wzrosnąć, to warto w nią inwestować. Ale zanim się zainwestuje, trzeba się dobrze przyjrzeć. Ja się przyglądam.
A teraz czemu się pan przygląda?
- Inwestycje lubią ciszę.
Jak wyglądała pańska droga do pieniędzy?
- Kiedy zaczynałem, wcale nie myślałem, że idę drogą do bogactwa. Robiłem to, co mnie pasjonowało.
Nie skończyłem wyższych studiów, choć studiowałem najpierw na politechnice obróbkę skrawaniem, potem na Wojskowej Akademii Technicznej. Ale uważam, że z tego powodu wielkich strat nie poniosłem. Nie ma uczelni na świecie, która przygotuje do prowadzenia biznesu. Tego człowiek musi się nauczyć sam.
Najpierw pracowałem w szkole jako nauczyciel przysposobienia obronnego i wychowania technicznego. Jednocześnie prowadziłem drużynę harcerską. Harcerstwo było moją pasją. I właśnie zdobywanie pieniędzy, wyszukiwanie sponsorów na obozy harcerskie uważam za początek mojej drogi biznesowej. Aby zorganizować akcję letnią dla 800 dzieciaków, trzeba było zdobyć spore pieniądze, zorganizować wolontariuszy, transport itd.
Jak pan zdobywał?
- Na przykład namówiłem PKS, by w wydzielonej części w naszym obozie zrobili sobie szkolenie z nauki jazdy. Ja dzięki temu miałem na miejscu transport. Dużo spraw załatwiłem na zasadzie wymiany coś za coś, bez gotówki.
W szkole pracowałem tylko półtora roku. Potem przeszedłem na pełny etat do hufca. Pracowałem tam do 1986 roku, do 27. roku życia.
Wtedy po raz pierwszy wyjechał pan na Zachód.
- Wybrałem się do ciotki do Niemiec na trzy miesiące. Oczywiście miałem tam pracować. Udało mi się dostać do firmy budowlanej. Miałem szczęście. Nie tylko zarabiałem tam trzy razy więcej niż przy zbieraniu winogron, ale też dużo się dowiedziałem o tym, jak się pracuje w kapitalistycznej firmie. Oczy przecierałem ze zdumienia, jak to jest wszystko zorganizowane. Mówię do szefa, że zaraz staniemy z pracą, bo kończy się piasek. A on: nie przejmuj się. I rzeczywiście, kiedy zużyliśmy ostatnią taczkę, od razu przyjechała wywrotka z piachem.
Te trzy miesiące to był szok. Zobaczyłem, że wszystko można robić kilka razy szybciej niż u nas, lepiej zorganizować. Za to dla nich było szokiem, że ja żyję z harcerstwa. Nie rozumieli, że można zarabiać tam, gdzie się powinno po pracy realizować społeczne pasje.
Postanowiłem, że już do harcerstwa nie wrócę. Jeszcze z Niemiec wysłałem na ręce żony rezygnację z hufca, ona ją złożyła w moim imieniu i jak wróciłem, to już nie miałem pracy.
I?
- Teść miał w Piasecznie pod Warszawą sklep z odzieżą, więc na pół roku poszedłem pracować do niego, za ladę. Uczyłem się handlu i od teścia, i od klientów. Po pół roku uznałem, że mogę już prowadzić własny interes. Na działce rodziców w Górze Kalwarii, obok ich domu, wybudowałem sklep. Skończyłem kurs w zakładzie doskonalenia zawodowego, bo wtedy bez takiego certyfikatu nie mogłem otworzyć działalności gospodarczej. Miałem pieniądze z Niemiec i jeszcze wziąłem kredyt. To było przy wylotowej ulicy, na uboczu, teść się pukał w czoło, uważał, że nikt do tego sklepu nie przyjdzie.
Sklep był z odzieżą?
- Zanim się zdecydowałem, czym będę handlował, postanowiłem zrobić badanie marketingowe. Dziś takie badanie zleciłbym specjalistycznej firmie, wtedy po prostu wziąłem żonę pod rękę, przeszliśmy się po mieście i sami je zrobiliśmy. Wyszło nam, że sklepów z ciuchami jest w Górze Kalwarii całkiem sporo, ale nie ma ani jednego sklepu z zabawkami. A to był listopad, szły święta. Efekt był taki, że po trzech miesiącach od otwarcia sklepu zabawkowego mogłem spłacić kredyt, taki był obrót.
Do dziś pamiętam jedną z pierwszych klientek, to była Polka, która przyjechała na święta z Włoch i przyszła po prezenty. Wydała 100 dolarów i za to wykupiła wszystko, co miałem na półkach.
Źródło: Duży Format