Czy kobiety powinny mieć ustawowo zagwarantowane 50 proc. miejsc na listach wyborczych partii? Wzywa do tego Kongres Kobiet Polskich. Już w tym tygodniu jego przedstawicielki spotkają się z klubem PO, a potem z prezydentem i premierem. "Gazeta" pyta o to, czy parytet to dobry pomysł, byłych marszałków Sejmu.
- Od dawna jestem za parytetem. Długie lata ten temat nie mógł się przebić, dobrze, że teraz zaczęło się o tym mówić - mówi
Marek Borowski (
SdPl). - Za mało kobiet bierze udział w życiu publicznym, a ono na tym traci. W żadnej kadencji Sejmu kobiet nie było więcej niż dwadzieścia parę procent, w Senacie jest jeszcze mniej - dodaje Borowski.
Ma jednak wątpliwości, czy parytet byłby zgodny z konstytucją. - Gdyby okazało się, że ją narusza, można by się zastanowić nad innym rozwiązaniem. Partie, które przyjmowałyby na listy połowę kobiet, mogłyby dostawać większe subwencje - proponuje Borowski.
- Pomysł Borowskiego jest godzien rozważenia - uważa
Maciej Płażyński (poseł niezrzeszony, marszałek Sejmu za rządów AWS). - Kiedyś byłem zdecydowanym przeciwnikiem parytetu, bo uważałem go za sztuczny mechanizm, który łamie regułę wolnego wyboru, ale zmieniłem zdanie. Dziś sądzę, że powinien być jakiś mechanizm promujący udział kobiet w polityce, choć nie wiem, czy tak sztywny jak 50-proc. parytet na listach wyborczych - mówi Płażyński.
Przeciw parytetowi jest Marek Jurek (Prawica RP, marszałek w czasach rządów
PiS). - Parytet to element niezdrowej inżynierii społecznej. Kobiet w polityce powinno być więcej, ale lepiej, żeby odbyło się to w sposób naturalny, przez nacisk opinii publicznej - mówi "Gazecie" Jurek.
Inny marszałek z czasów PiS
Ludwik Dorn po przeanalizowaniu tematu - jak powiedział nam jego asystent - postanowił się nie wypowiadać.