Moskwa, ambitny bokser Wacław Radziwinowicz: Gdy rozmawialiśmy w przeddzień pierwszego spotkania Dmitrija Miedwiediewa i Baracka Obamy 1 kwietnia, zapowiadał pan, że będzie to kontakt "pristriełoczny" - próbna wymiana strzałów dla ustawienia celowników. Jak się "wstrzelali" prezydenci? Dmitrij Trenin: Chyba nieźle, jest między nimi jakaś "chemia". Myślę, że przypadli sobie do gustu. Rozumieją, że mogą razem pracować. Pierwszy kontakt w kwietniu w Londynie sprawił, że stała się możliwa już pełnoformatowa wizyta prezydenta
USA w Moskwie.
Były uśmiechy, ale potem między Rosją a Stanami Zjednoczonymi zaczęło iskrzyć. Moskwa zapowiedziała, że nie zawrze nowego układu z USA o ograniczeniu zbrojeń strategicznych, jeśli Waszyngton nie zrezygnuje z budowy globalnej tarczy antyrakietowej. Zaraz po wyborach w Iranie do Rosji przyjechał i był tu ciepło przyjęty prezydent Mahmud Ahmadineżad. Przykładów takich nieprzyjemnych czy nawet wrogich kroków jest mnóstwo. - Mamy do czynienia raczej z brakiem zaufania, daleko posuniętymi wzajemnymi podejrzeniami i trudnym procesem poszukiwania kompromisów.
Rosja, jak pan to określił trzy miesiące temu, wykonuje nieprzyjemne gesty, żeby "przymusić partnera do dialogu"? - Już nie. Dialog został nawiązany. Nowa administracja ogłosiła, że zamierza brać pod uwagę życzenia państw, z którymi rozmawia. Toczą się poważne rozmowy na temat nowego układu o ograniczeniu ofensywnych broni strategicznych, który powinien być podpisany najpóźniej w grudniu (kiedy wygasa stare porozumienie w tej sprawie znane jako START-1). No i jedzie do nas Obama.
Wkroczyliśmy w kolejną fazę - dziś Rosja stara się zająć jak najlepszą pozycję wyjściową w negocjacjach, które są przed nami.
Próbuje więc zgodnie ze starą tradycją dyplomacji radzieckiej dowieść, że może wystąpić w najwyższej kategorii wagowej, że jej znaczenie na arenie międzynarodowej jest ogromne? - Moskwa, rzeczywiście, jak ambitny bokser chce być zaliczona do wyższej kategorii wagowej, niż pozwalają jej gabaryty. W konfrontacji z Zachodem zawsze musiała czymś kompensować swą słabość, np. na polu bitwy wyposażenie armii i poziom wyszkolenia żołnierzy kompensowała liczebnością wojsk.
Przed szczytem Miedwiediew - Obama "przybierała na wadze" zmasowaną ofensywą dyplomatyczną na forum organizacji o szumnych nazwach i znaczeniu w polityce światowej bliskich zera? - Rzeczywiście Szanghajska Organizacja Współpracy i BRIC (luźne stowarzyszenie, do którego wchodzą Brazylia, Rosja, Indie i Chiny), które niedawno zbierały się w naszym kraju, są z punktu widzenia dyplomacji rosyjskiej bardzo pożyteczne, bo dobrze wypadają w mediach. Ich znaczenie w polityce międzynarodowej nie jest już tak ważne. A wspólna fotografia prezydenta Miedwiediewa z prezydentem Afganistanu Hamidem Karzajem i prezydentem Pakistanu Asifem Alim Zardarim robi wrażenie - niewielu przywódców może sobie takie zdjęcie zrobić. Obama może i Miedwiediew też. Najważniejszy jest w naszej sytuacji - jak mówimy w Rosji - "obrazek", czyli to, co pokazują na ekranie telewizyjnym. A na obrazku mieliśmy naszego prezydenta przyjmującego u siebie w Jekaterynburgu na pierwszym szczycie BRIC przywódców nowych potęg światowych i pretendującego do roli co najmniej rzecznika - jeśli nie nieformalnego lidera - czterech potężnych państw. Roli, której grać nie jest w stanie. Pogrążająca się w kryzysie Rosja nie bardzo nadaje się na członka klubu dynamicznie się rozwijających krajów. Przypomina to postawę Serbów, którzy lubili się chwalić: "Nas z Rosjanami jest 200 milionów". Ahmadineżad w Jekaterynburgu to też atut: Amerykanie piszą do niego listy, on ich w odpowiedzi ostro krytykuje i jedzie do nas, mimo że sytuacja w jego kraju napięta, Teheran wrze.
Tymczasem "obrazek" popsuła skrzecząca pospolitość stosunków Rosji z jej najbliższymi sąsiadami i sojusznikami. Białorusini popsuli wam święto, odmawiając podpisania układu o powołaniu sił szybkiego reagowania przez państwa-sygnatariuszy Porozumienia o Bezpieczeństwie Zbiorowym. Kirgizi, którzy wzięli od Moskwy 2 mld dolarów kredytów za wyrzucenie Amerykanów z Manasu, wystawili Rosjan do wiatru i pozwolili żołnierzom USA zostać w tej bazie lotniczej. - Rosja rzeczywiście znalazła się w głupim położeniu. Moskwa i Pekin jeszcze kilka lat temu domagały się od krajów należących do Szanghajskiej Organizacji Współpracy usunięcia baz amerykańskich z ich terytorium. Kirgistan, kiedy starał się o naszą pomoc finansową, wyciągnął spod sukna ten stary kwit i zaproponował, że w zamian za kredyt wyprosi od siebie Amerykanów. Moskwie już wtedy tak bardzo nie zależało na zamknięciu Manasu, ale zabrakło nam elastyczności. W sumie Kirgizi wzięli pieniądze najpierw od nas za wymówienie dzierżawy bazy, a potem od Stanów Zjednoczonych - za jej przedłużenie. A szkoda, bo byłoby bardzo dobrze, gdyby to nasz prezydent w czasie wizyty Obamy w Rosji zrobił gościowi podarek i obiecał mu, że to Moskwa dogada się z Biszkekiem tak, by Kirgistan pozwolił Amerykanom zostać w bazie. To byłby, jak mi się wydaje, znakomity gest i wstęp do negocjacji na inne tematy.
Który z tych tematów jest najważniejszy? - Nowy układ o ograniczeniu ofensywnych broni strategicznych połączony z rozmowami o budowie amerykańskiego systemu antyrakietowego. To rzecz absolutnie zasadnicza i kluczowa dla rozwoju relacji Rosji z USA.
Na Zachodzie, w tym i w Polsce, powszechna jest opinia, że Moskwa próbując połączyć w jedną, jak mówicie, "sztywną" całość rozmowy o broni strategicznej i tarczy gra za wysoko, zbyt ryzykownie. - Ryzyko rzeczywiście istnieje. W najgorszym przypadku może się okazać, że nie będzie nowego układu o redukcji arsenałów strategicznych broni ofensywnych, ale powstanie też amerykańska tarcza antyrakietowa, elementy której znajdą się w pobliżu naszych granic w Polsce i w Czechach. A to znaczy, że tracimy wszystko, nie zyskując nic. Nie wiem, czy uda się to rozegrać, ale Moskwa za wszelką cenę musi wciągnąć Stany Zjednoczone w rozmowy o tarczy antyrakietowej. W przeciwnym przypadku podpisywanie układu o zmniejszaniu liczby głowic jądrowych i środków ich przenoszenia nie ma sensu. Bo znaleźlibyśmy się w idiotycznym położeniu - my na mocy porozumienia z Amerykanami likwidujemy swoje głowice i rakiety, a oni zwiększają swoje możliwości zestrzeliwania nie tylko irańskich, lecz również tych nielicznych już naszych rakiet, które nam to porozumienie pozwoliło zostawić. I co? Wychodzimy na głupków. Tak więc musimy zmusić naszych amerykańskich partnerów do negocjacji na temat tarczy antyrakietowej.
Wasi partnerzy zdają sobie sprawę z tego, że Moskwa ma niewielkie pole manewru. Rosyjskie siły nuklearne bez żadnych układów redukują się same... - To prawda. Stare głowice i środki ich przenoszenia trzeba wycofywać. Nowych rakiet budujemy bardzo mało. Z siłami konwencjonalnymi też u nas kiepsko, co bardzo wyraźnie pokazała wojna z Gruzją. Gdyby Gruzini nie uciekli przed naszą armią, tylko postawili zdecydowany opór, moglibyśmy w sierpniu wplątać się w konflikt przypominający wojnę z Finlandią w 1939-40 r., kiedy Finowie mocno przetrzepali skórę Armii Czerwonej.