- Polska nie akceptuje stawiania na jednej płaszczyźnie działalności polskiej przedwojennej policji z ludobójczymi praktykami aparatu przemocy nazistowskich Niemiec i stalinowskiego Związku Radzieckiego - komentował wczoraj wypowiedź Naliwajczenki rzecznik polskiego
MSZ.
Naliwajczenko uczestniczył w ostatnią niedzielę w otwarciu Muzeum Ofiar Reżimów Okupacyjnych, które władze Lwowa urządziły w budynku znanym lwowiakom jako "więzienie przy Łąckiego" (obecnie to ul. Stepana Bandery). Tak Ukraińcy nazywają budynek polskiego więzienia z okresu międzywojennego, które radzieckie NKWD przejęło po wkroczeniu Armii Czerwonej w 1939 r. Potem wykorzystywało je gestapo, a po wyparciu nazistów - znów radziecka bezpieka.
Choć w oficjalnej ukraińskiej historiografii okupantami nazywa się głównie ZSRR i III Rzeszę, to obecnie dość często do tej czarnej listy dołączani są także Polacy. I do takiej wizji historii przychylił się Walentin Naliwajczenko, którego opinię na ten temat zacytowało wczoraj Radio RMF FM.
- Władze zmieniały się na ukraińskiej ziemi jedna za drugą. Łączyło je pragnienie pozbycia się wszystkiego, co ukraińskie, i zniszczenia naszej tożsamości narodowej. Niezależnie, czy więzieniem przy Łąckiego kierowała polska
policja, niemieckie gestapo, czy radzieckie NKWD-KGB, głównymi więźniami byli bojownicy o niepodległość, uczestnicy ruchu wyzwoleńczego - mówił Naliwajczenko, otwierając muzeum.
Szef Służby Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU) ma duże zasługi w badaniu zbrodni radzieckich na Ukrainie. W niedzielę we Lwowie mówił, że przy Łąckiego mieściło się nie tyle więzienie, ile "katownia, gdzie popełniano zbrodnie przeciw ludzkości, których nie można zapomnieć". - Osobistości tej rangi co Walentin Naliwajczenko powinny mieć szacunek dla podstawowych faktów historycznych. W okresie międzywojennym przy Łąckiego nie było katowni, lecz więzienie dla zwykłych przestępców oraz winnych aktów dywersji. Zrównywanie Polaków z NKWD czy Niemcami byłoby skandalem - uważa Andrzej Przewoźnik, sekretarz generalny polskiej Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa.
Przewoźnik przypomina, że choć polsko-ukraińskie stosunki w czasach II RP "nie były różowe", to radykałów (którzy np. organizowali zamachy na polskich polityków) sądzono zgodnie z prawem, a Ukraińcy legalnie działali w Sejmie i w samorządach.
- Jakiekolwiek porównywanie tamtego systemu do totalitaryzmu urąga prawdzie - uważa Przewoźnik. I podkreśla, że gdy Lwów znalazł się pod rządami ZSRR i Niemiec, męczennikami więzienia przy Łąckiego byli także Polacy.
Samorząd obwodu lwowskiego zarządził niedawno inwentaryzację pomników i miejsc pamięci, które zawierają "treści antyukraińskie oraz symbole militarne obcych państw". Niektórzy radni nie ukrywali, że chodzi m.in. o niektóre symbole na Cmentarzu Orląt, których usunięcia mogliby zażądać w odwecie za niedawne zburzenie pomnika UPA w polskich Bieszczadach (zbudowany nielegalnie pomnik został zniszczony przez nieznanych sprawców).
- Nie można mówić o wojnie na pomniki - podkreśla Przewoźnik. - Niewątpliwie widzimy jednak zderzenie różnych typów wrażliwości i świadomości historycznej. Szkoda, bo w krajach tak blisko ze sobą współpracujących powinno się o różnicach w ocenie historii dyskutować zupełnie inaczej - podkreśla Przewoźnik.