Źle się stało, że Katolicki
Uniwersytet Lubelski, współorganizator uroczystości, nie przyznał -tak jak innym przywódcom -doktoratu honoris causa José Manuelowi Barroso, przewodniczącemu Komisji Europejskiej.
To nam zależy, aby
Unia Europejska włączyła do swojej historycznej pamięci związek Korony i Wielkiego Księstwa Litewskiego, który z racji demokratycznego systemu i filozofii politycznej zadziwiająco przypomina dzieło Schumana, Monneta, Adenauera.
Szkoda, że większość relacji skupiła się na akcji ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego uznającego, że jest to okazja do politycznego protestu przeciwko prezydentowi Ukrainy Wiktorowi Juszczence za brak potępienia zbrodni UPA i OUN. Tragiczne wydarzenia na Wołyniu ukazały, jakie skutki może wywołać bezrozumny nacjonalizm - idea radykalnie sprzeczna z dziedzictwem wielonarodowego państwa.
Przełom polega na tym, że rocznicę unii lubelskiej obchodziliśmy wspólnie. Jeszcze dziesięć lat temu między polskimi i litewskimi historykami trwała ostra dyskusja, czy unia ratowała tożsamość Litwinów, czy niszczyła podmiotowość tego narodu. Jeszcze kilkanaście lat temu na Ukrainie zgodnie z carską i sowiecką historiografią za akt niepodległości uznawano radę perejasławską - która doprowadziła do inkorporacji Ukrainy przez Rosję.
Uroczystości świadczą o tym, że unia lubelska powoli staje się wspólnym dziedzictwem. Aktem, który uczynił z Rzeczpospolitej największe państwo Europy, a także miejsce, w którym krystalizowała się kultura Litwinów, Ukraińców, Białorusinów, Żydów. Państwa skandynawskie pielęgnują wspomnienie unii kalmarskiej jako podstawy dzisiejszej współpracy Danii, Szwecji, Norwegii i Finlandii. Unia lubelska jest podobną szansą dla nas i wszystkich krajów, które tworzyły Rzeczpospolitą Obojga Narodów.